Pokazywanie postów oznaczonych etykietą k-drama. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą k-drama. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 maja 2014

A New Leaf / Doctor Stranger / You're All Surrounded

Trzy typy. Najwyżej sześć odcinków tygodniowo. Nie jest źle. Zobaczymy ile się utrzyma. Jak na razie szczególnie wciągnęły mnie Doctor Stranger i You're All Surrounded. Z jednej strony doktor geniusz z Korei Północnej, z drugiej sprawa morderstwa z przeszłości i czwórka policyjnych rekrutów, którzy pewnie jeszcze wiele nabroją, zanim się nauczą być policjantami.

pic
A new leaf / 개과천선 

Bardzo lubię Kim Myung Min w rolach gości o skrajnie ciężkim charakterze. Choć drama jest prawnicza, stwierdziłam, że spróbuję. 
Kim Seok-Joo jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych prawników w Korei. I nie można powiedzieć, że jest to dobra sława. Zwykle broni tych, którzy są w stanie słono zapłacić za jego usługi. A prawnikiem jest dobrym, bo potrafi udowodnić niewinność tych, którzy zawsze mają coś za uszami. Żeby było zabawniej, jego ojciec również był prawnikiem, lecz on w przeciwieństwie do syna... walczył o prawa uciśnionych.
Jednak pewnego dnia na głowę naszego złego pana prawnika spada coś na tyle ciężkiego, że powoduje amnezję. A wraz z nią budzi się w nim chęć do walki o prawa człowieka. Darth Vader koreańskiego świadka prawniczego chce przejść na jasną stronę mocy. Nikt się tego nie spodziewał.
Przyznam, że z jednej strony drama mnie intryguje. Z drugiej stwierdzam, że sprawa sądowa, o którą było tyle zachodu w odcinkach 3 i 4, przemknęła w mojej świadomości zupełnie niezanotowana, by nie powiedzieć, że byłam nią lekko znudzona. Jednak przez wzgląd na Kim Myung Min spróbuję sprawdzić jak będzie się rozwijała akcja.





                                                            
pic
Doctor Stranger / 닥터 이방인 

Najkrócej mówiąc kardiolog ratuje półwysep przed drugą wojną koreańską. Sam niestety kończy dość tragicznie. 
W Północnej Korei serce Kima nie ma się najlepiej, dlatego też wojska amerykańskie liczą na jego  rychłe zejście z tego świata, by móc zaatakować. Na Południu tymczasem Jang Seok Joo, przyszły minister, rozumując perspektywicznie stwierdza, iż wyśle najlepszego chirurga w kraju do Pjongjangu, by przeprowadził operacje dzięki czemu Kim przeżyje, a Amerykanie nie będą mieli powodu, by zaatakować.
Kim żyje, konfliktu nie ma, wszyscy szczęśliwi. No nie do końca, bo moment przekroczenie granicy z Północą jest dla Park Cheol i jego syna wyrokiem śmierci, wydanym zresztą przez ich 'przyjaciela' z Południa... przecież Korea może mieć tylko jednego bohatera. Koreańczycy z Północy ignorują jednak rozkaz zabójstwa i pozwalają rodzinie Park mieszkać w Pjongjangu. Dwadzieścia lat później syn Parka również zostaje lekarzem. Po różnych zrządzeniach losu w końcu ląduje w Budapeszcie, z którego ostatecznie udaje mu się uciec. Totalny kosmos. 
Pierwsze odcinki dostarczają mnóstwa zabawy. Jak wiadomo rozwinięcie akcji nie jest rzeczą najłatwiejszą, tym bardziej ulokowanie bohaterów w Korei Północnej oraz ich odbicie z rąk komunistów, więc mamy lekkie oscylowanie między dramatem, a idyllicznym podejściem do tematu... przecież nie może być za ciężko. A Budapeszt, ulubione europejskie miasto producentów dram, to już w ogóle jazda na całego. Pościg nie miał sobie równych, szczególnie wjazd po schodach.... Whaaaat? WHAT?! Ale bardzo lubię Budapeszt, piękne miasto. Tylko to wzgórze zamkowe, które pojawia się chyba w każdym pościgu, w każdej dramie jaką widziałam w tej scenerii... Wpadlibyście na to, by uciekać przez Wawel przed agentami Korei Północnej? Ja chyba nie. 
Poza tym stwierdzam, że Song Jae-Hee, narzeczona młodego Parka powinna dostać tytuł najbardziej umęczonej postaci w historii dramy. A to dopiero dwa odcinki! Najpierw trafiła do obozu (jej ojciec podpadł władzy), potem przeprowadzili jej operację, de facto miała jej nie przeżyć. Ale przeżyła, dlatego wysłali ją razem z młodym geniuszem kardiochirurgi do Budapesztu, gdzie podczas próby ucieczki Park zatrzymuje jej serce na pięć minut. Po czym w trakcie pościgu zostaje postrzelona i wpada do Dunaju. Ostatecznie na końcu drugiego odcinka dowiadujemy się, że jest w obozie pracy w Korei Północnej... Ja rozumiem, że to się rozgrywało na przestrzeni chyba pięciu lat... ale... bez przesady.
Park tymczasem, żyje sobie na Południu. Ma swój własny gabinecik, w którym przyjmuje mafiozów, którzy z wiadomych względów nie mogą pójść do normalnego szpitala. Ciągle szuka swojej narzeczonej, ale widać, że żyje bez sprecyzowanego celu. Jestem ciekawa co z tego wyniknie, raczej nie przepadam za dramami medycznymi, w tym przypadku jednak robię wyjątek.


pic
You're All Surrounded  / 너희들은 포위됐다

Czwórka nieopierzonych rekrutów na posterunku w Gangnam równa się totalna rozpierducha. A opiekun tej uroczej zgrai co najmniej trzy razy w każdym odcinku udziela im reprymendy i oświadcza, że muszą rezygnować dla wspólnego dobra.
Ale... żeby nie było za łatwo, wszystko zaczyna się lata wcześniej. W naszej grupie świeżaków jest bowiem Eun Dae-Koo, którego matka zginęła jedenaście lat temu. Była świadkiem morderstwa, jednak przez wzgląd na groźby nie chciała zeznawać. Namówił ją do tego policjant Seo Pan-Seo, zapewniając opiekę (obecnie jest on opiekunem owego F4 koreańskiej policji). Dae Ko stwierdza, że jest on odpowiedzialny, nie tylko pośrednio, za śmierć jego matki. Wkręca się w środowisko, by mieć go na oku. Pan Seo tymczasem nie wie z kim ma do czynienia. Śmierć matki Dae Ko była dla niego ciężkim przeżyciem, z którego nawet po latach nie może się otrząsnąć. Do tego wszystkiego partnerką Dae Ko jest jego koleżanka ze szkoły, jednak i ona nie rozpoznaje swojego znajomego z przeszłości.
Po pierwsze: bardzo dobrze wspominam Lee Seung-Gi z MGIG. Po drugie: całkiem sympatyczna ta paczka. Po trzecie: intryguje mnie rozwój akcji i osoba, która 'pomaga' Dae Ko w rozwikłaniu sprawy. Po czwarte: zaplusowali OST w pierwszym odcinku. Potem pewnie będzie jak zawsze, ale mimo wszystko:





sobota, 3 maja 2014

3 Days - 쓰리데이즈

pic
Ciemne interesy, tragedia z przeszłości, zamieszany w to wszystko prezydent Korei Południowej, który teraz chce naprawić popełnione kiedyś błędy. Pomaga mu w tym nie kto inny jak Han Tae Kyung, jeden z członków ochrony Błękitnego Domu. Drama rozpoczyna się w momencie kiedy ginie ojciec Tae Kyung'a, a prezydent w tajemniczych okolicznościach znika z terenu swojej willi. Cała historia oscyluje więc wokół: najpierw odnalezienia zaginionego prezydenta, wyjaśnienia tragedii z przeszłości i ukaraniu winnych oraz ochronienia głowy państwa przed kolejnym zamachem. 
Nie ma co ukrywać, 3 Days jest dramą, która dość łapczywie korzysta z utartych schematów. Akcja się rozwija, pojawiają się kolejne dowody, nowi świadkowie i w momencie kiedy 'ci dobrzy' chcą się skontaktować z taki jegomościem, on albo ginie wypadku, albo ktoś w tłumie poderżnie mu gardło, albo popełni samobójstwo. I wracamy do punktu wyjścia. Wiecie taki obrót akcji jest ok, jak się go zastosuje raz, może dwa, na wszystkie odcinki. Ale przy piątym razie już chce nam się płakać nad niemocą scenarzystów. To jest tak przewidywalne, że aż bolesne. To chyba pierwsza drama z tak wysokim współczynnikiem ofiar, które zeszły z tego świata z wg owego schematu.
Innym dość typowym zagraniem scenarzystów jest zakręcenie widzem tak, by nie wiedział, kto właściwie jest po dobrej stronie, a kto jest zdrajcą. No nie da się... W sumie moje dwa typy, które na wstępie uznałam za podejrzane, okazały się najbardziej w porządku. Chyba jestem jednak złym obserwatorem... Choć w trakcie powtarzałam westchnienia typu: serio? no bez kitu! Obejrzałam dramę do końca i nie miałam po drodze szczerej chęci rzucenia jej w cholerę. Podejrzewam, że dla starych wyjadaczy może być ona nie do przejścia, ale fanką Mickiego brak logiki nie powinien zbytnio przeszkadzać. W międzyczasie doczytałam, że wcześniejszą produkcją scenarzysty 3D był m.in. Ghost, więc jeśli po coś sięgać to zdecydowanie po Ghost'a (A ja zastanawiałam się co mi przypomina 3D, teraz wszystko jasne. Fabuła inna, ale zagrania identyczne). I na tle ostatnich hiciorów SBS (no może z wyjątkiem Heirsów) wypada ona nieco blado.

Czyli opiekuńczy tatuś z Heirsów jest tutaj psycho terrorystą?

Jeśli o mnie chodzi wykazuję ponadprzeciętna wytrzymałość w dramach sensacyjnych, to wiadomo nie od dziś. Dodatkowym ich atutem jest to, że panowie biegają odziani w garnitury  i mają naturalny kolor włosów - zero landrynek. A to, że brakuje im logiki (dramom, nie panom :P) - Panie! Takie rzeczy w każdej dramie.


Podobał mi się też sposób ukazania relacji Tae Kyung'a i Yoon Bo Won (pani posterunkowy*, która pierwsza przybyła na miejsce wypadku ojca TK i poddała w wątpliwość zaśnięcie podczas jazdy). Niby coś tam jest, ale nic nie jest powiedziane wprost. Tylko TK zawsze jak poparzony leci na ratunek, jak ktoś chce wysadzić czy przestrzelić BW. Zresztą mam słabość do takich nieboraków, którzy potrafią wygrać w walce pięć na jednego, udaremnić zamach terrorystyczny i zachować przy tym zimną krew, a jak przyjdzie co do czego to się jąka jak pierwszoklasista...*

Spoiler time:
Tych co dramy nie widzieli przepraszam, ale po prostu muszę wyrazić swoje oburzenie. Mamy świadka koronnego tak? Mamy konferencję, nagle gasną światła i co... dziesięciu biegnie z prezydentem, a świadka KORONNEGO zostawiają samemu sobie, by im go wrogowie sprzątnęli? To było chyba największe 'SERIO?!' w ciągu całej dramy. I sprzątnęli - zrzucili z opuszczonego budynku. Yep. Nie to, by świadek nie był przy okazji byłym generałem Północy - człowieku zapomniałeś jak wygląda samoobrona? To był ten moment kiedy zastanawiałam się co jest nie tak ze scenarzystą. 
Druga sprawa. Nie spodziewałam się, że przedostatni odcinek będzie tak krwawy. Wręcz trup ściele się gęsto. Miałam wrażenie, że po tym całym wcześniejszym majdanie, ostateczne starcie będzie bardziej pro forma.  Tymczasem pomysł był inny, przecież jeszcze wielu bodyguardów pozostało przy życiu...

* Kobiety kontra nazwy zawodów. I wiadomo w czym nas niegdyś nie chciano :P Poza tym słowo 'posterunkowy' zawsze będzie przywodziło mi na myśl Rodzinę Zastępczą.
* Mój ulubieniec - Władek z Czasu Honoru :P


wtorek, 22 kwietnia 2014

My Love From The Star - 별에서 온 그대

pic
 Niespecjalnie miałam ochotę, by zaczynać jakąkolwiek dramę - dobrze znam zgubne skutki tego procederu. Ale jak już przyszło co do czego, to wybrałam tytuł, wokół którego ostatnimi czasy było trochę fermentu. Ponadto osobiście namawiała mnie do niego koleżanka. Stwierdziłam: a co mi tam, zobaczę. I już od pierwszych minut Kochaś z kosmosu wciągnął mnie totalnie. Cóż, widok UFO unoszącego się nad wioską z czasów Joseon, zrobił na mnie spore wrażenie. A potem było już tylko... dziwniej. Jeszcze nie za bardzo wiedząc, wokół jakich motywów będzie toczyć się drama, przewidywałam, że pod koniec będzie nie do zniesienia pod względem dramatyzmu, ilości wylanych łez i wszystkich innych złych rzeczy na jakie zwykle choruje w końcówce drama natury romantycznej. Jednak, uwaga, nie było najgorzej pod tym względem (a może tak dobrze przygotowałam się psychicznie na tragedię, że straciłam rozeznanie?) i gdyby nie wydłużenie o jeden odcinek, to uznałabym ją za najlepiej rozwiązaną pod względem hmmm... 'emocjonalnym'. Bo pod względem logicznym, jak zawsze, im dalej w las tym więcej drzew. Finał... cóż scenarzyści chyba nie do końca mieli pomysł jak to ogarnąć.

 W początkowej fazie oglądania myślałam, że będzie to po prostu ('po prostu' :P) drama o kosmicie, gwieździe (tyle że medialnej) i ich wielkiej, międzygalaktycznej, miłości. Tymczasem okazało się, iż mamy tu do czynienia nie tylko z problemami egzystencjalnymi kosmity, z 400-letnim stażem na naszej planecie, ale również z celebrytami, których chlebem powszednim są skandale i leki przeciwdepresyjne (nie zapominajmy tu o  paparazzich, których ulubionym miejscem spożywania posiłku jest wycieraczka przed drzwiami ofiary), trudnymi relacjami rodzinnymi głównej bohaterki oraz... zabójcą, który w pewnym momencie łapie się na tym, że liczba osób do wyeliminowania dość szybko i niespodziewanie mu się powiększyła, podczas gdy on jedynie chciał zostać weterynarzem. Ostatecznie do tej całej osobliwej gromady dołącza jeszcze pan prokurator, który na pewno sprawdzi każdą CCTV w promieniu 20 km.

Mulder, Scully. Potrzebujemy pomocy.


Na pierwszy rzut Kochaś oscyluje nieco między Rooftop Prince, I hear your voice a... Supermanem. Z tym, że główna bohaterka jest zdecydowanie bardziej wkurzająca niż panie we wspomnianych wcześniej dramach. Przynajmniej na początku. Jest typową zadufaną w sobie gwiazdą, która nie musi się zbytnio starać ani o sympatię, ani o siłę przekonywania, w przypadku jej gry aktorskiej, bo jest na tyle sławna, że wszyscy i tak będą zabiegać o jej względy, jednocześnie czekając z niecierpliwością na moment, w którym podwinie jej się noga. Z czasem mamy jednak okazję poznać jej bardziej ludzkie oblicze - to zdecydowanie bardziej znośne. Nasz kosmita tymczasem jest typem gościa z jedną miną (wybacz So Ji Sub - już nie powiem złego słowa na temat twojej postaci w Ghost). Zero emocji, do czasu aż nagle w pewnym odcinku wybucha płaczem. Rozumiem, że przez wzgląd na czasowy pobyt na Ziemi nie chce się angażować w bliższe relacje między ludzkie, przez co w efekcie nie radzi sobie z wyrażaniem uczuć, ale mimo wszystko... grrr... Nadrabia za to: zatrzymaniem własnymi rękami samochodu nad brzegiem klifu, lewitowaniem wroga z dachu wieżowca i teleportacją do cudzych mieszkań po pijaku. Warte zobaczenia.


O ile kosmita, był trochę ciężkostrawny jako postać, nie można mu odmówić wyczucia stylu. Nawet golfy, których nienawidzę szczerze, leżały na nim całkiem nieźle. Za to jego teściowa... hoho! Kim Tan spadł z piedestału najgorzej ubranej persony w historii najnowszej k-dramy. "Odcięty' golf i różowo-puchata kurtka o mało nie doprowadziły mnie do zawału. Pytam się: co stylista miał na myśli?

Pomimo wszelkich merytorycznych nieścisłości w scenariuszu i odrobiny braku logiki w niektórych momentach, kilku naprawdę irytujących postaci i stylizacji rodem z koszmaru, Kochasia uznać mogę za jedną z lepszych dram jakie ostatnio oglądałam. Cieszę się, że zabrałam się za nią już po emisji antenowej, bo przetrwanie tygodnia do kolejnego odcinka byłoby baaardzo trudne. Jak ktoś lubił, którąś ze wspomnianych powyżej dram powinien spróbować z tą pozycją.


Huh Gak (허각) - Tears Fallin' Like Today (오늘 같은 눈물이) by Ya_bokbok

piątek, 18 kwietnia 2014

O tym, że dramy potrafią czasem kształcić...

.... noooo, just kidding.

Jednakże w każdej dramie drzemie ziarenko prawdy, lecz jest ono tak dobrze zakamuflowane między brakiem logiki a szeregiem pokrętnych akcji, że przeciętnemu widzowi ten fakt najzwyczajniej w świecie umyka.
Dziś chciałabym ukazać moją ignorancję w dziedzinie wojskowości. Usprawiedliwię się jedynie faktem, że jestem kobietą, i jakoś tak z samej natury mniej nas ta działka pociąga (wiadomo jest różnie - żadnych generalizacji). Choć za lalkami nie przepadałam, to z drugiej strony wszelkie wojny też mnie nie ciągnęły. A i gry komputerowe nie wzbudzały we mnie większego zainteresowania. W każdym razie wyrosłam na ignoranta w dziedzinie militariów.
Miałam jedynie wspomnieć o tym fakcie na Facebooku, bo zaintrygował mnie do tego stopnia. A jakoś tak się stało, że wyszedł z tego wszystkiego post. W dodatku o zupełnie innej formie niż planowałam. Tak to jest, gdy zaczyna się pisać.

Wszystko zaczęło się od tego rysunku:

   
Przyznacie, niesamowita precyzja. Oglądając Gu Family Book statek brałam równie poważnie jak przedstawioną w dramie historię gumiho, który chce zostać człowiekiem. Niespecjalnie zastanawiałam się nad historycznością opowieści fantastycznej, może dlatego budowa statku była dla mnie tylko jednym z tuzina wątków, które zdążyły się pojawić w ciągu 24 odcinków. W momencie jak tylko zakończyłam dramę, wszelkie niewiadome związane ze "statkiem-żółwiem" odeszły w niepamięć. 

Spore było moje zdziwienie, gdy czytając Historię Chin natknęłam się na zdanie:
Szczególnie ciekawe jest posługiwanie się przez Koreańczyków w tych działaniach morskich tzw. "okrętami-żółwiami", które były najprawdopodobniej pierwszymi w dziejach świata opancerzonymi okrętami wojennymi.*
Słowa te pojawiają się w kontekście inwazji Hideyoshi'ego na Koreę w latach 1592-1595.

I nagle dotarło do mnie, że tajemniczy okręt w Gu Family Book, to ma całkiem historyczny rodowód. Z miejsca wygooglałam sprawę i musiałam przyznać, że byłam sporym ignorantem. Już sama Wikipedia ustawiła mnie do pionu dobrze opracowanym hasłem: Turtle ship.

Ów "okręt-żółw" to nic innego jak koreański Geobukseon (거북선)** jest typem okrętu wojennego wykorzystywanym przez koreańską flotę dynastii Joseon. Nazwa wzięła od pokrycia pokładu, które miało formę sześciobocznych płyt, przypominających pancerz żółwia, do których przymocowane były kolce. Pokrywanie płyt warstwą blachy obecnie poddawane jest w wątpliwość, zarówno na dość duże koszta z tym związane, jak na niewielką funkcjonalność tego zabiegu. Ów pancerz chronił marynarzy przed abordażem wrogiej jednostki. W dodatku w dziobie okrętu znajdowała się rzeźbiona głowa smoka, mająca na celu wystraszenie przeciwnika. To działanie psychologiczne wzmagał dodatkowo wydobywający się stamtąd dym, który miał być dodatkowo zmieszany z jakimiś odurzającymi środkami. Generalnie prawdopodobnie pierwszy prototyp pancernika.

Dlaczego właściwie o tym wspominam? 
Po pierwsze okręt z głową smoka na dziobie, w dodatku ziejącą, może nie ogniem, ale dymem, rozbudza wyobraźnię. Zapewne jest to efekt tego, że kiedyś pochłaniałam niezliczoną ilość powieści fantastycznych. No i co jak co, ale w sercu fana Piratów z Karaibów zawsze pozostanie sentyment do złowrogich statków. Dlatego sam fakt istnienia takiego okrętu mnie zaintrygował i zmusił do dalszych poszukiwań.
Po drugie. Data inwazji Hideyoshiego na Koreę będzie prawdopodobnie jedyną jaką zapamiętałam z taka łatwością, po przeczytaniu tego tomiszcza. Wszystko dzięki wtrętowi o "statku-żółwiu". Nauka drogą skojarzeń nie jest jakimś szczególnym odkryciem, ale dla mnie ta sytuacja była kolejnym przyczynkiem do zastanowieniem się jak uczyć się efektywniej i jak pokonać w sobie klątwę internetu, bo o tym jak internet wpływa na nasz mózg wiadomo również nie od dziś (A jak nie do końca, to polecam: Minimal Plan. Tak dla zastanowienia się.). Szczególnie, że mózg pracujący raczej ściśle jest bardzo trudnym przeciwnikiem, kiedy zmusza się go do studiowania nauk humanistycznych. Dlatego też przeczytanie historycznej książki, tak by przyniosło spodziewany efekt (czyli nauczenia się czegoś, a nie jedynie zdobycie pojęcia o czymś), kończy się tym, że czytam i od razu robię notatki. By potem przetrawić to jeszcze raz. I ewentualnie jeszcze raz, ale tak by coś w głowie zostało. Zresztą zawsze łatwiej wrócić po latach do skryptu niż ponownie przedzierać się przez sześćset stron.
Po trzecie. Dramy może faktycznie niekoniecznie kształcą, to jest zadanie książki i oczywiście doświadczenia (ktoś mądry kiedyś powiedział, chcesz się nauczyć, wyjdź z biblioteki i zobacz na własne oczy), ale w moim przeświadczeniu dają pojęcie. Dramy nie przynoszą żadnego większego pożytku. Są raczej niezbyt wyszukaną formą rozrywki, ale oczywiście fundują niesamowicie dużo fun'u. Mnie ponadto dają możliwość osłuchania się z językiem koreańskim. A przez to, że zostałam zmuszona do oglądania ich po angielsku, również w tej kwestii moje umiejętności wzrosły. No i oczywiście dają to wspomniane już wcześniej pojęcie. Bardzo znikome, ale zawsze. Zaintrygowana taką czy inną sytuacją w dramie, takim a nie innym zachowaniem, zwykle zaczynałam szukać, by dowiedzieć się: dlaczego? I mogę być pewna, że gdybym miała się znaleźć w Korei w przyszłości, popełniłabym znacznie mniej gaf i może udałoby mi się nikogo nie obrazić. To jest właśnie zaleta oglądania produkcji pochodzących z krajów odległych kulturowo. Raczej nie można się w nich dopatrzyć prawdziwego obrazu rzeczywistości. Ale sam fakt w jaki sposób są kreowane, już nam nieco naświetla sytuację. Reszta zależy od nas, czy pozostaniemy na tym poziomie, czy będziemy szukać dalej. Każdy ma inne priorytety.


Po raz kolejny zupełnie przypadkowo odkryłam coś, co zmusiło mnie do nowych poszukiwań. Do postawienia sobie pytań i zrewidowania mojej wiedzy. Każdemu życzę, by w swojej dziedzinie, spotykał takie Geobukseon'y, które będą dawały motywacje do działania, popychały do przodu i niszczyły ciasne wyobrażenia, ucząc pokory.



  * W. Rodziński, Historia Chin, Wrocław 1974, s. 325.
** Dla tych co lubią transkrypcję tak jak ja powiem, że czyta się to po prostu: kobukson.

PS

Tutaj zobaczyć można współczesną rekonstrukcję owego okrętu. 

A że jedna drama generuje kolejną. To dla zainteresowanych mam kolejny tytuł związany z tym tematem, czyli: Immortal Admiral Yi Sun Shin. Seria powstała w 2005 roku i liczy 104 odcinki. Gdyby nie ta ilość, to dla Kim Myung Min'a może spróbowałabym się z nią zapoznać. Ale zwykle dwadzieścia kilka epizodów jest dla mnie już dystansem porównywalnym z maratonem.

16.11.2013. 

czwartek, 17 kwietnia 2014

The Heirs - 상속자들

pic
   Chyba jednak pewne rozdziały trzeba zamknąć nim zacznie się świętować, rozpoczynać, podsumowywać, postanawiać. Każdy znajdzie coś dla siebie. Z dramami ostatnio jestem na bakier. Heirs'y jakoś utrzymywały mnie w łączności z Koreą przez ostatnie tygodnie. I to w jakiej łączności. Ho ho, pełnia wrażeń. Wraz z Kawaii Maniac wspierałyśmy się mentalnie w pokrętnych meandrach fabuły, próbując zrozumieć co autor miał na myśli.
   Zanim zacznę trollować powiem tylko jedno. Heirsów ogląda się dla Kim Woo Bina. Nie sądziłam, że powiem coś w tym stylu. Po kilku dramach z jego udziałem, mogę powiedzieć, że zaiste jego facjata zapadła w pamięć, ale bym zwróciła na niego jakąś większą uwagę, to nie bardzo. Postać Young Do całkowicie zmieniła moje nastawienie. I najwyraźniej nie tylko moje. Po raz pierwszy w całej dramowej karierze spotkałam się z zadziwiającym zjawiskiem tumblrowego spamu z udziałem 'tego drugiego'. Serio, Lee Min Ho grzał miejsce na ławce rezerwowych. W sumie można się  było tego spodziewać. Kobiety raczej nie uganiają się za facetami odzianymi w puchate, różowe swetry (Eung Sang what is wrong with you?). Po raz pierwszy chyba, spotkałam się również z tym, by konkurent głównego bohatera nie był z gatunku tych do-rany-przyłóż, typowymi ciepłymi kluchami, takim miłym, pociesznym i wspierającym. O nie. Young Do był typem totalnego bad guy'a. Pomimo kilku irracjonalnych akcji, swym poziomem mieszczących się w lidze szkoły podstawowej, był całkiem intrygującym charakterem. Trochę go potem przetrącili melodramatem, ale i tak w ostatecznym rozrachunku wyszedł na plus. Tymczasem Lee Min Ho... czegoś mi tu zabrakło. Postać Kim Tan'a, jakby na to nie spojrzeć, ma coś w sobie. Nie jest łatwo wrócić z wygnania i zrobić tego typu rewoltę w swojej rodzinie. Szczególnie z wrodzoną mu zdolnością do zrażania do siebie osób, na których najbardziej mu zależy. A jednak dał radę. Co prawda ojciec przypłacił to śpiączką (oprócz pierdyliarda oklepanych motywów tego też nie mogło zabraknąć), a brat skończył ze złamanym sercem, lecz cóż począć. Każdy dźwiga ciężar własnej korony... czy jakoś tak. Choć i tak mam wrażenie, że ilość problemów jakie zwalili na barki tych biednych LICEALISTÓW, podkreślam, była trochę niewymierna do ich wieku. W Korei zwykle trzydziestolatkowie zaczynają słyszeć przytyki, że wypadałoby pomyśleć o małżeństwie, własnym mieszkaniu itp. Tymczasem mam wrażenie, że w przypadku scenarzystów pułap zaniżono o całą dekadę. A może w środowisku chaeboli tak to właśnie wygląda. A ja po prostu obnażam swoją ignorancję.

 Heirs to stylowe swetry i... banda lasek stojących na środku ulicy i wpatrująca się z rozdziawionymi ustami w ich zdaniem ucieleśnienie-cnót-wszelkich. Serio.

   Główny wątek. Cóż nie trzeba tu się zbytnio rozpisywać. Biedna dziewczyna w szkole dla bogaczy. Miłość między synem z dobrego domu, a córką pokojówki. Kopciuszek w wydaniu koreańskim, odsłona nr pięćset. Po raz kolejny muszę powiedzieć, że była to chyba pierwsza drama romantyczna, której główna para nie wzbudziła we mnie zbytnich emocji, tudzież trybu kibica. Nie to żebym uparcie swatała Eun Sang z Young Do. Bardzo szybko zdałam sobie sprawę, że w dość patologicznej rodzinie Tan'a ma jakieś szansę. Natomiast wyraźnie widziałam krwawą plamę jaka zostaje z niej po spotkaniu z ojcem Young Do. Nie, ten związek nie miałby przyszłości. Na nieszczęście potem w wyniku machlojek ojciec trafił do więzienia i moja wizja jakoś się załamała. Za to postacie drugoplanowe były całkiem sympatyczne. No może z wyjątkiem Rachel, która dziarsko dzierżyła pałeczkę wrednej jędzy. Była lekko nieznośna. Ale jak już zaczęła kręcić z panem Seniorem, którego imienia sobie nie przypomnę, zaczęło  się jej trochę polepszać.

 Fajto.

   Drama od początku była promowana jako wielki hit. I w sumie to widać. Heirsy są dopracowane i pod względem wizualnym nie mam do niej zastrzeżeń. Problem w tym, że chęć zaimponowania zawiodła producentów na drugi koniec oceanu i umieszczenie akcji w realiach amerykańskich już wychodzi dość koślawo. Szczególnie z koszmarnym akcentem Kim Tan'a, który rzekomo spędził tam trzy lata. Było to dość osobliwe doświadczenie. Kiedy siadam do dramy, od razu przełączam się na inny tryb. Mam wyobrażenie jak może być prowadzona akcja, jakich zachowań mogę się spodziewać, jak będą rozwiązane takie czy inne kwestie techniczne, że OST będzie kształtowane w taki a nie inny sposób. Natomiast kiedy tryb dramy zmieszamy z trybem zachodnim, nazwijmy to tak, powstaje dość dziwny twór, pod którego wpływem, mój błędnik szaleje i nie wie co ma ze sobą zrobić. Bo w tym momencie nie jest to ani koreańskie, ani tym bardziej amerykańskie. Poza tym, nie do końca jestem pewna czy scenarzyści dramy zdawali sobie sprawę jak wygląda wyluzowana, amerykańska młodzież. W ogóle jak wygląda amerykańska młodzież. Bo trąciło to takim 'powszechnie utartym przekonaniem'. Kumpel Tan'a był naprawdę dziwny.

   Na lemurowym Fejsie przykład zmagania się z modą w Heirsach. A była naprawdę na bogato: Album K-style.

   Ok. Tego hitu nie mogło zabraknąć. Jest niemal tak szczególny jak Almost Paradise. Moja Sis oglądała Heirsów, na swoim komputerze, używając słuchawek. Siedząc w drugim kącie pokoju. Przez ten czas nie słyszałam zupełnie nic - jak to zwykle bywa, gdy człowiek posługuje się słuchawkami. Logiczne. Oczywiście do chwili, gdy następowała super duper romantic scene i nagle dobiegało do mnie: LOVE IS THE MOOOOOMEEEEEENT. Serio. Drugi kąt pokoju. Słuchawki. Nic to. LITM i tak musiało wybrzmieć z mocą.






Gu Family Book - 구가의 서


pic
    Gu Family Book opowiada o Choi Kang Chi, który jest na wpół człowiekiem, na wpół gumiho. Niestety historia jego rodziców zakończyła się dość tragicznie (o czym możemy się przekonać w dwóch pierwszych odcinkach dramy). Wychowany zostaje przez przedstawiciela ówczesnej arystokracji, dorasta nie znając swojego pochodzenia jako część szanowanej rodziny. Nieustannie wpada w jakieś tarapaty, ale ze względu na jego lojalność i usposobienie "do-rany-przyłóż", wszyscy przymykają na to oko. No, może z wyjątkiem pani domu, która podejrzewając, że "coś-jest-z-nim-nie-tak" nie pała do niego zbytnią sympatią. Jak to zwykle w opowieściach bywa sprawy zaczynają się komplikować. Nagle w polu widzenia pojawiają się wrogowie z przeszłości, a druga strona osobowości Kang Chi daje o sobie znać (Przez cały ten czas pozostawała w uśpieniu dzięki bransoletce założonej przez mnicha na jego nadgarstek, gdyby pozostała na jego ręku do momentu jego dwudziestych urodzin  mógłby zostać człowiekiem). Na domiar złego zakochuje się w nim Dam Yeo Wool, która dostaje od mnicha info, że zginie marnie jeśli będzie się zadawała z gościem, którego spotka pod kwitnącym drzewem. Jest nim nie kto inny jak Kang Chi i nie trudno zgadnąć, że przestroga mnicha zostanie zignorowana...


   Jedna z pierwszych uwag, która nasuwa mi się po obejrzeniu dramy, w sumie nie tyczy się to jedynie Gu Family Book, ale każdej dramy, która w jakiś sposób osadzona jest w realiach historycznych, lub sprawiających wrażenie historycznych. Problem z tą kategorią jest taki, że ostatecznie wychodzą na najbardziej kiczowe pod względem wykonania. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo lubią ten rodzaj. I wiem, że nie można mieć wszystkiego. Jednak fakty mówią same za siebie. Scenografia pochłania mnóstwo pieniędzy i tak dość ograniczonego budżetu. Dzięki czemu dostajemy styropianowe monumenty - wiecie nie stanowi to dla mnie zwykle większego problemu, ponieważ bezpośrednio nie rzuca się to w oczy, lecz gdy zaczynają się one nieznacznie kołysać w momencie kiedy podczas walki jeden z bohaterów uderzy o nie, odbiór jest zupełnie inny. To samo tyczy się kostiumów. Zawsze, ale to przysięgam zawsze, intryguje mnie na ile mają one pokrycie w rzeczywistości, a na ile są one efektem wybujałej wyobraźni stylistów. W tym miejscu przypomina mi się oczywiście Bridal Mask i chociażby czerwone podeszwy oraz ćwieki wykorzystane opowieści o czasach okupacji japońskiej.  W Gu Family Book też zdołałam znaleźć pewne perełki, które pojawią się później - chyba przebiły nawet BM. Idąc dalej. Czystość. Nieznośna czystość. Począwszy od ulic, po stroje, na postaciach kończąc. Wymuskanie do granic możliwości i taka wręcz idealność - tu szczególnie biję do groźnych wojowników. A już konkretnie skupiając się na Gu Family Book. Efekty specjalne. Hmmm. No... nie było najgorzej - scena z iluzją ataku ninja, była całkiem ok. Z resztą było różnie, choć charakteryzacja Kang Chi i jego ojca w wydaniu demonicznym już zaczyna graniczyć z groteską - szczególnie te żyłki na szyi. Podsumowując ten wywód, chodzi mi o to by uzbroić się w pewną dozę tolerancji względem tych niedomagań. Jestem świadoma, że dla niektórych ta strona wizualna będzie nie do przejścia, a inni nawet nie zwrócą na ten fakt większej uwagi. I w sumie racja.

Kang Chi. Cóż przejawia niezwykłe zdolności w każdej dziedzinie. Mistrz metamorfoz. Niepokonany Wojownik. Poliglota - tu na szczególną uwagę zasługuje znajomość japońskiego. I oczywiście niezrównany król podrywu. Perfekcja w każdym calu ;) 

I trochę ze wspomnianych stylizacji. Tym razem w stylach, kolejno: jestę muchomorę i jestę lampą. Będę bardzo wdzięczna za wyjaśnienie mi istoty tych dodatków. Zupełnie serio. Teraz już bez trolla. 

Wspominałam już, że rodzice Kang Chi nie skończyli najlepiej? Cóż wygląda na to, że Wol Ryung żyje i trzyma się całkiem nieźle. Stracił okazję do bycia człowiekiem, ale najwyraźniej to nie przeszkadza mu to w robieniu kariery w czasach współczesnych :P

   Podsumowując. Gu Family Book całkiem dobrze mi się oglądało, choć początkowo liczba 24 odcinków nieco mnie odstraszała. I muszę przyznać, że zakończenie zupełnie mnie zaskoczyło. O tak, nie spodziewałam się takiego akcentu w samej końcówce. I w przypadku tej dramy zaświtała mi w głowie myśl, że byłby z tego kapitalny film. Gdyby okroić sporą ilość wątków, wyłuskać główną istotę opowieści i postawić na stronę wizualną powstało, by coś godnego obejrzenia. Drama jest w porządku, ale myślę, że jak większość przedstawicieli tego gatunku cierpi na przerost treści, zwrotów akcji, wzajemnych powiązań itp., które sprawiają, że całość nieco "pływa".



18.11.2013. 

środa, 16 kwietnia 2014

Z dziennika azjatyckiego fashionisty: futerka

Niesamowita popularność wszelkich futrzanych elementów w garderobach azjatyckich panów fascynuje mnie nie od dziś. Jednak nowy teledysk Super Junior niespodziewanie skłonił mnie do refleksji na ten temat. Oglądając dobre dwa lata temu Hana Yori Dango byłam zupełnie rozbrojona stylem Tsukasy wybitnie wielbiącego wszelkie mechate kołnierze. Drama powstała blisko 8 lat temu, wydawałoby się, że futerkowy trend powinien obumrzeć śmiercią naturalną. A jak widać, jest zupełnie inaczej.

Kobiety zawsze znane były wielkie wielbicielki futer, ale panowie? Umówmy się, że nie będę sięgać do czasów historycznych, jakiś Mieszków, sarmatów i innych. Zapewne kożuchy można uznać za obecne i popularne, może parę... dziesiąt lat temu, ale były. Generalnie jakoś na czasy obecne pana w futerku, przechodząc ulicą, nie uświadczymy. Może dlatego jak gdziekolwiek widzę mechaty kołnierz, zawsze kojarzy mi się z azjatycką dramą. A od niedawna też z kpopowymi teledyskami.

Tsukasa w czasie wyjścia do zoo (ep. 6). Absolutny brak litości dla biednych stworzeń, które z przerażeniem będą musiały patrzeć na co co zostało z jednego z ich pobratymców.

pic
 Oczywiście koreańska wersja Tsukasy, czyli Gu Jun Pyo odziedziczył zamiłowanie do ocieplaczy.
 


Muszę przyznać, że styliści SM przeszli samych siebie. Te mechaty, te piórka, nawet firanka się znalazła. I ruski czepiec na głowie Siwona. I bioderkowe ocieplacze coby wilka nie złapać. Modowa kombinacja alpejska.



Kolejne mistrzowskie puchaty pojawiają się u Shinee. Tu za największego kozaka uchodzi Minho. Ale nie jest to ich jedyne piórkowo-futerkowe wystąpienie, cofniemy się trzy lata wstecz i podobny motyw znajdziemy w... tak - Ring Ding Dong, choć tam większą popularnością cieszyły się jednak pióropusze.



pic
Z ostatnich dramowych inspiracji Siwon w The King Of Dramas. Tym razem już pełne futro, zapewne kawiarnia nie była ogrzewana ;P

pic
Gdybym miała wybrać najlepszą stylizację w tej kategorii zapewne, wygrałby ją nie kto inny jak Anthony Kim. Przy jego elegancji całe te kołnierze jeszcze jakoś się bronią. Serio, lubię jego styl (dość specyficzną elegancję, którą przełamuje różnymi dziwami jak futerka czy liliowe buty- moi ulubieńcy ;P) i wcale nie jestem stronnicza w tej kwestii przez wzgląd na ogromną sympatię do samej dramy.


Ale... to... chyba... nie... był...

W zasadzie to tyle moich przykładów, prawdopodobnie nie za chwalebna kolekcja. Z zaciekawieniem oczekuję przyszłych metamorfoz tego trendu. Kolejnych wcieleń obrzydliwie bogatych paniczów, dla których ten nieszczęsny mechat najwyraźniej jest oznaką statusu. Kolejnych teledysków, gdzie futerka wybijane ćwiekami fruwają w rytm tanecznego beat'u. Tak, nie przewiduję raczej rychłej śmierci tego trendu.

16.01.2013. 

Koreańska Fala: Dae Jang Geum - fala przekracza granice Azji

pic
   Kiedy już Korea pokazała na azjatyckim podwórzu swoje popkulturowe możliwości, reszta świata również zaczęła kierować oczy na wschód pragnąc zaznajomić się z tym fenomenem. Oczywiście fala przerwała granicę Azji za pomocą dramy. Tym razem okazało się, że serca światowej publiki zdobyła produkcja  Dae Jang Geum, tuż po tym jak opanowała sąsiednie kraje. Drama znana jest również pod tytułem  Jewel in the Palace i pokazuje wzloty i upadki osieroconej dziewczyny, która zostaje naczelnym lekarzem króla. Oparta jest na postaci wspomnianej w Kronikach Dynastii Joseon. Podczas pierwszej emisji w Korei zgromadziła 57% widzów, żadna inna produkcja do tej pory nie uzyskała takiego wyniku. A pokazane w niej tradycyjna architektura, stroje i kuchnia spowodowały światowe zainteresowanie koreańską kulturą.
   Najpierw wywołała istną gorączkę w Chinach, w 2003 roku w Hong Kongu miała nawet większą oglądalność niż mecz z HK z Hiszpanią (zastanawiam się czym kobiety zastraszyły swoich mężów:)). Ulice zamierały, coraz więcej osób zaczęło interesować się kuchnią oraz innymi produktami pochodzącymi z Korei. Ten fenomen widoczny był nawet w Chinach, które do tej pory uważane były za kulinarną potęgę.
   W Iranie, gdzie na kanale Channel 2 rozpoczęto emisję dramy, zyskała ona ogromną oglądalność. Koreański dziennik,  Chosun Ilbo, relacjonował, że dzięki tej produkcji zmieniło się nastawienie Irańczyków względem Koreańczyków, od tej pory byli względem nich zdecydowanie bardziej życzliwi, a gdy na ulicy dostrzegli kogoś kto potencjalnie mógł być mieszkańcem Korei, często niespodziewanie podchodzili do takiego osobnika i ściskając dłoń mówili: „Yang Gom (irańska wymowa Jang Geum, tytułowego bohatera) kaili khube! (bardzo dobre!)”. Natomiast w listopadzie 2011 roku wiele ważnych osobistości zebrało się w budynku ambasady Korei na przyjęciu zorganizowanym w związku z zakończeniem emisji dramy. Tego typu wydarzenie zapewne jest ewenementem na skalę światową.
   Na Bliskim Wschodzie dama była emitowana również w Jordanie, Arabii Saudyjskiej i Egipcie. Jednak tu jej sława się nie kończy, zaczęła bowiem zdobywać sobie widzów w krajach takich jak: wspomnianych wcześniej Chinach, Tajwanie i Hong Kongu, ale też w Malezji, Singapurze, Indonezji, Brunei, Filipinach, Tajlandii, Wietnamie, Indiach, Turcji, Izraelu, Nigerii, Rumunii, Węgrzech, Bośni, Rosji, Szwecji, Kolumbii, Peru, Kanadzie, USA, Australii i Nowej Zelandii. Była pierwszą dramą, która przełamała stereotyp wyłącznie żeńskiej publiki koreańskich dram, zdobywała uznanie wśród najbardziej sceptycznych widzów m.in. w Japonii, Chinach czy Tajwanie.  Na pewnym blogu w Anglii rozpoczęto nawet kampanię pt. „Show DJG on BBC”  (http://showdjgonbbc.blogspot.com/) domagając się emisji programu.

Miejsca gdzie kręcono dramę stały się bardzo popularne wśród turystów. 
Na zdjęciach: Pałac Changdeokgung, Pałac Hwaseong Haenggung oraz ludowa wioska Jeju. 
Więcej informacji: Filming Locations of Daejanggeum.

   DJG to nie tylko przykład niespotykanego ogólnoświatowego  zainteresowania produkcją telewizyjną w wymiarze czysto hobbystycznym. To także przykład na to, jak tego typu produkcja może służyć jako narzędzie marketingowe. Fanom dramy nie wystarczyło już jedynie jej oglądanie, chcieli dowiedzieć się więcej o kraju, który jest w niej przedstawiony, najlepiej osobiście go odwiedzić, przejąć styl życia (w tym w dużej mierze nawyki żywieniowe) przedstawiany na ekranie, oraz być posiadaczem czegoś koreańskiego. Spowodowało to niezwykłe ożywienie ruchu turystycznego w Korei oraz wzrost zainteresowania tamtejszymi produktami. Koreańskie marki zaczęły szturmem zdobywać zagraniczne rynki, czy chodziło o technologię, przemysł kosmetyczny lub restauracje, wyrastające jak grzyby po deszczu w wielu miastach na całym świecie. Nawet teraz gdy wpiszemy w wyszukiwarkę: Dae Jang Geum Restaurant pojawi nam się ogromna ilość miejsc serwujących koreańskie dania. Sondaż przeprowadzony przez Narodową Organizację Turystyczną (KTI) wykazał, że 6 na 10 osób przybyło do kraju dzięki owej Fali. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom turystów, przewidując równocześnie możliwość dużych zysków zaczęto promować miejsca w których kręcono dramy takie jak: Winter Sonata i DJG. Powstał nawet park tematyczny (Dae Jang Geum Theme Park ) mający sprawić, że przybywający turyści jeszcze lepiej wczują się w klimat epoki, którą przedstawia ich ulubiona drama.

Koreańskie produkty związane (choć nie tylko takie) z dramą stały się bardzo pożądanym towarem.   
Jewel In The Palace Cooking Recipe, którą można zakupić na stronie: yesasia.com

   Jedna z japońskich fanek powiedziała, że dzięki niej wreszcie wyraźnie dostrzegła wzajemne kulturowe powiązania między swoją ojczyzną a Koreą i zobaczyła jak poszczególne wpływy z Chin, przez półwysep docierały do Japonii. Przez owo zainteresowanie obcą kulturą w Chinach i Tajwanie ograniczono ilość odcinków w godzinach największej oglądalności. Reżyser DJG Byung-Hoon Lee  zapytany co o tym sądzi odpowiedział, że zupełnie się temu nie dziwi, bowiem sam widząc ilość popkultury przybywającej zza granicy, postanowił nakręcić dramę, która przypomni Koreańczykom o ich bogatej historii i tradycji.


 Rozprzestrzenianie się KF. pic

   Drama pokazała światu bogatą kulturę koreańską wzbudzając powszechny podziw i ciekawość. Żadna inna produkcja tego typu do tej pory jej nie pobiła. Jest zdecydowanie dłuższa niż inne znane nam dziś powszechnie (Choć trudno tak na prawdę dojść ile tych odcinków faktycznie było. Na stronach podawane jest zwykle 54, na DramaCrazy mamy 70 bodajże, a w jeszcze innym miejscu przeczytałam, że w Chicago było emitowanych 60. Nie mam już pojęcia jak jest faktycznie), lecz ten fakt nie wyszedł jej bynajmniej na złe. Ciągle znana jako dramowy klasyk, który jako pierwszy objawił światu możliwości Koreańczyków.



Onara- OST


Materiały:
- Contemporary Korea No.1- The Korean Wave: A new pop culture phenomenon, 2011

11.08.2012.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Koreańska Fala ( 한류-Hallyu) : Gdzie właściwie miała swój początek?


   Na początku powiem tylko, że kiedy patrzę ile tego jest i za jak bardzo złożony problem się zabrałam, to zaczynam myśleć, że jestem szalona. Ale stwierdziłam, że choć Korea zyskuje w naszym kraju coraz większą popularność, ciągle niewiele wiemy ani o początkach owego zainteresowania, ani dlaczego właściwie świat tak zapatrzył się na tą twórczość. W dodatku samo określenie Koreańska Fala nie widnieje nawet w polskiej Wikipedii- a jak czegoś tam nie ma, to bardzo prawdopodobne, że nie istnieje :P. Jak do tej pory artykuł o niej pojawił się w pewnym numerze Wprost (bodajże trzecim tegorocznym) i oczywiście jakieś wzmianki w niezgłębionej przestrzeni internetu. 
   Żeby jednak opowiedzieć Wam nieco o tym zjawisku, myszkuję po stronach anglojęzycznych, szukając jakichś konkretnych informacji na ten temat. A że z obcym językiem różnie jest, pewnie opisanie szerzej problemu trochę mi zajmie, więc dzisiaj mała cząstka, tak na początek.
 ...


   Kto choć raz nie zainteresował się czymś pochodzącym z dalekiej Azji? Zwykle jednak nasza uwaga skupiała się czy to na Chinach: starożytna cywilizacja, bogata  kultura i sztuka, waleczni wojownicy-o których nagrało się tyle filmów, niesamowite stroje... długo by wymieniać. Z drugiej strony na Japonii, która zarówno potrafi zauroczyć swoją bogatą historyczną tradycją, jak i niespotykanymi nigdzie indziej nowinkami, zarówno ze świata techniki, architektury czy kultury-tomy przeczytanej mangi, tysiące obejrzanych odcinków anime, specyficzne subkultury spod znaku kawaii... Tutaj czujemy się dość pewnie. Jednak kiedy ktoś wspomina o Korei, wielu przeciętnych śmiertelników rozkłada  bezradnie ręce-choć obecnie sytuacja zmienia się dość znacząco za sprawą internetu: koreańska muzyka, dramy i filmy podbijają świat. I mogło by się wydawać, że dzieje się to za sprawą zespołów takich jak Big Bang, Girls Generation czy Super Junior, jednak gdy przyjrzymy się sytuacji nieco bliżej, zobaczymy, że nie jest to pierwotna fala jaka rozeszła się po świecie. By zobaczyć jej prawdziwe oblicze musimy cofnąć się do Chin końca lat 90'tych tam bowiem określenie Koreańska Fala wzięło swój początek.
   Choć na wstępie powiedzieć trzeba, że Korea przez długi czas w sprawach kultury była raczej bierna. Po wojnie koreańskiej, która miała miejsce na półwyspie w latach 1950-1953 i innych zawirowaniach dziejowych, kraj całą energię przeznaczył na odbudowę, starając się jednocześnie dogonić rozwinięte państwa. Nie trudno więc zrozumieć, że kultura, choć oczywiście ważna, nie była w tym momencie priorytetem. W tym czasie koreańskie media zapełniły się muzyką artystów zagranicznych. Szczególnie, że wiele wpływów zachodniej popkultury przynieśli ze sobą już żołnierze amerykańscy sprzymierzeni z Południem w czasie wojny. Od lat 80-tych można zauważyć rozwój życia kulturalnego, jednak nadal są to głównie produkcje zagraniczne. Prawdziwy odwrót od tych tendencji nastąpił w połowie lat 90-tych, kiedy to koreańska muzyka i filmy zepchnęły w kąt królującą do tej pory muzykę z importu. 

What is love, emitowana w Chinach w 1997 roku, podbiła serca 
publiczności (pic)



Wish upon the stars pic


   Pierwsi twórczością koreańską zachwycili się Chińczycy. Tam bowiem w 1997 roku telewizja CCTV wyemitowała dramę What is Love, która w zabawny sposób pokazuje historię konfrontacji kobiety i mężczyzny pochodzących z rodzin, którym przewodziły zupełnie odmienne wartości. Drama osiągnęła oglądalność 15%, co uprasowało ją na drugim miejscu jeśli chodzi o zagraniczne programy. Styl życia współczesnych Koreańczyków i ukazanie silnych jednostek idących za własnymi przekonaniami (wiadomo, że w państwach socjalistycznych akcent kładziony jest zdecydowanie na „jednakowość”) zachwyciły publikę. W 1999 roku podobny sukces na rynku Chin i Hong Kongu odniosła drama A wish upon the star,  tutaj szczególną sympatię zaskarbił sobie aktor Ahn Jae-wook. Powoli zaczęła pojawiać się również muzyka: Clon, H.O.T., NRG, Baby V.O.X. i S.E.S., szturmująca rynki m.in. Chin, Hong Kongu i Tajwanu (Osobiście... gdy tego słucham czuję się jakby mnie ktoś włożył do wehikułu czasu i wysłał w sam środek lat 90-tych w Europie- to samo tanie disco. I patrząc na to jak obecnie różni się k-pop od twórczości artystów zagranicznych, w dawnych 'hitach' nie widzę mocnych kontrastów). Okazało się, że kultura bardziej przyczyniła się do ocieplenia się stosunków między krajami, niż przez pół wieku zdołano zdziałać za sprawą dyplomacji.
   Następnie Fala dotarła do Japonii, gdzie publiczność pokochała dramę Winter sonata, wyemitowaną w roku 2003 w NHK TV (potem kilkakrotnie wznawianą). Aktorzy grający główne role (Bae Yong-joon, Choi Ji-woo, Park Yong-ha,) nagle zyskali niezwykły rozgłos. Fenomen tej produkcji zaczęto w końcu określać jako:  Syndrom Yon-sama, Społeczny fenomen Yon-sama, Religia Yon-sama. A kiedy okazało się, że jeden z odcinków nie zostanie wyemitowany, bo telewizja nadawać będzie relację z wizyty japońskiego premiera w Korei Północnej, do stacji wydzwaniać zaczęli zbulwersowani widzowie, pragnący wyrazić zdecydowane niezadowolenie z takiego obrotu sprawy. Drama w niezwykle delikatny sposób pokazywała historię miłości, co grało oczywiście na emocjach kobiet (szczególnie w średnim wieku) żyjących w społeczeństwie, które jest zdecydowanie powściągliwe w okazywaniu uczuć.  Po raz kolejny okazało się, że jedna produkcja telewizyjna nagle zmienia patrzenie na jakiś naród. Japończycy zaczęli coraz życzliwiej postrzegać Koreańczyków, a miejsca pokazywane w dramie stały się upragnionym celem wakacyjnej podróży.

Winter Sonata w 2003 roku zaskarbiła sobie sympatię Japończyków (pic)
...
   Całą resztę świata zostawiłam sobie na później. Podobnie jak 'neo-falę', którą obserwujemy obecnie oraz wszelkie blaski i cienie tego fenomenu. Jeśli coś jest nie do końca tak jak napisałam, liczę na pomoc Czytelników, jak na ten moment w temacie raczkuję, więc za wszelkie wskazówki będę bardzo wdzięczna.



Materiały:
- Contemporary Korea No.1- The Korean Wave: A new pop culture phenomenon, 2011
- Mark Ravina, Conceptualizing the Korean Wave, 2009, http://www.uky.edu/Centers/Asia/SECAAS/Seras/2009/SERAS_2009.pdf ,

03.08.2012.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Protect The Boss crash


     Hmmm... Dziś pomyślałam sobie: Będzie spokojna, normalna niedziela. Poczytam Pratchett'a, bo go w końcu muszę oddać do biblioteki... no dobrze, Pratchett nie jest dobrym przykładem na 'normalność', ale niech już będzie. Żeby nie było, że nic nie robię, przewertuję kilka stronic w rzeźbie XX wieku.  Pogłębię postępującą głuchotę słuchając przez słuchawki k-popu, by nie narażać na straty psychiczne reszty domowników (taka faza, w końcu i tak przejdzie). Słowem niedziela, jak to niedziela.
    Wieczorową porą moja siostra wpadła na genialny pomysł, iż musi coś obejrzeć. Ja zawtórowałam prędko. Radosna wskazałam na moją ulubioną, ostatnimi czasy, dramę: Protect the boss. Tak, jak ktoś tu czasem zagląda to już spotkał się z tym tytułem nieraz. I pewnie jeszcze nieraz w przyszłości spotka... przykro mi. Z reguły wszystko magluję do... do upadłego. Nie lubię u siebie tej cechy straszliwie. Ale ni jak nie umiem jej zmienić. 
     Słowem, rozłożyłyśmy poduchy pod wersalką, normalni ludzie siedzą na wersalce, a nie pod nią, jak teraz o tym myślę. Ale nie, nie my! Normalność to jednak cecha względna- to sobie powtarzam profilaktycznie. Wracając do tematu: zaczęłyśmy oglądać.  Wszystko było spoko do czasu, gdy na horyzoncie nie pojawił się boski Jaejoong...

screen shoot from: 보스를 지켜라 / Protect the Boss - Episode 1
tłum. BAKA

     Nie wiem, czy Moo Won zakochał się od pierwszego wejrzenia, natomiast wiem na pewno, że z poduchy obok mnie dobiegały westchnienia świadczące o budzącym się głębokim uczuciu. Co byłoby wielce kłopotliwe, zważywszy na fakt, że wzdychała do niego moja Sis. Ta reakcja trochę mnie zdziwiła, bo jak dla mnie był on przystojniakiem, na którego raczej nie zwróciłam uwagi. Może temu, że właśnie on miał być tą wersją bad guy w dramie. Może też dlatego, że wg wszelkich standardów jest: idealny na szefa, idealny na męża, idealny... na nie wiem kogo jeszcze. I to spiętrzenie cech niemalże 'ponad-naturalnych' jakoś do mnie nie przemawiało. Choć oczywiście z czasem zaczęłam go darzyć coraz większą sympatią. Jednakże jak dla mnie niezrównany był tytułowy boss: Ji Heon (koreańskie imiona są zabójcze, bez DramaWiki bym sobie nie poradziła). 

     Z kosmiczną fryzurą, odjechanym image'm i swoimi napadami lęku. Był szalenie ciekawie skonstruowanym charakterem. Zresztą wszystkie postaci w tej dramie są bardzo wyraziste. Począwszy od wspomnianych męskich, po kobiece: silna i stanowcza Eun Seol i nieco płaczliwa i melodramatyczna Na Yoo. Pomimo wielu różnic nie da się całej tej zgrai nie lubić:)  

2,3,4, screen shoot from opening

     Jednak co do tematu. Moja Sis od razu zechciała poznać prawdziwą tożsamość Moo Won'a. A mnie przyjdzie żyć z myślą, że właśnie ja, nikt inny, jest sprawcą tego szaleństwa...

 ...
A na koniec. 
Bo wiecie, boski Jaejoong jeszcze śpiewa i tańczy, w grupie co zwie się JYJ.
By więc uwielbienia stało się zadość: 



Scary beginning, czyli atak z zaskoczenia

    Tak właśnie. Bo wszystko ma swój początek. Ja opowiem o tym jak dokładnie rok temu, w pewne późne, czwartkowe popołudnie stałam się fanką, najpierw Japonii, potem Korei, a dokładnie całej tamtejszej współczesnej kultury.
    Zupełnie nieświadoma, czyhającego na mnie w mrokach sieci niebezpieczeństwa. Gdzieś między kolumnami ze Strzelna, a typem pięknych Madonn. Otoczona przez sterty notatek i piętrzące się książki. Zrobiłam sobie krótką przerwę w nauce. I wtedy też, zajrzałam na fejsa. Moją uwagę przykuł link, umieszczony na tablicy  Sis przez  naszą wspólną koleżankę, wraz ze zdjęciem kolorowym i pstrokatym. Nie zastanawiając się zbyt długo, kliknęłam. Zupełnie nie spodziewałam się, tego co miało zaraz nadejść...
     Okazało się, że jest to serwis azjatyckich dram, a link odnosił się do japońskiej dramy: Hana Yori Dango. Spojrzałam sceptycznie na straszliwie oczodajny plakat z grupką Japończyków, spoglądających na mnie z optymizmem. Pomyślałam: no way! Mimowolnie skojarzyło mi się to z falą brazylijskich tasiemców, które kilka lat wcześniej zalały naszą telewizję. Ciekawość jednak wzięła górę nad rozsądkiem.
     Pomyślałam: "Włączę na 15 min., żeby zobaczyć co to"... Skończyło się na tym, że obejrzałam z rzędu trzy odcinki... Na prawdę. Totalny upadek. A każdy z nich trwa prawie godzinę!!! Mój obraz musiał być opłakany. Egzamin na karku, tonę w notatkach, a tu zaskakuje mnie, niczym ninja, banda Japończyków i jeszcze nie mogę się doczekać kolejnego epizodu.
     Trzeba przyznać, że pierwsze minuty wywołują myśli podobne, jakie wywołał w moim przypadku plakat. Ale potem twój mózg, przestawia się na azjatycką rzeczywistość i nagle zauważasz, że stałeś się fanem tych wszystkich pierońskich serii. Cóż począć... jakoś trzeba z tym żyć... :)
      


Hana Yori Dango: 1 i 2 (jap)
Hanazakari no kimitachi e, Buzzer Beat (jap)
You're beautiful, City Hunter, Protect the boss (kor)

     Niestety muszę Was zasmucić. Jeśli ktoś z Was miałby ochotę, na własne oczy przekonać się, o czym mowa (Nie sądzę, by było zbyt wiele takich osób, po tym co napisałam. Ale mimo wszystko.) W toku dzisiejszych wydarzeń, również i dramy ucierpiały i zostały usunięte z polskich serwisów (a przynajmniej część z nich). Nie wiem jak sprawa odnosi się do stron anglojęzycznych. Koniec końców, cień Mordoru zawisł nad światem wirtualnym. Co z tego wyniknie, to się dopiero okaże.

21.01.2012. 

Fighting !!!

     Kiedy mózg niedomaga zblazowany dużą dawką sztuki "soc" potrzeba czegoś lekkiego. Na czas sesji zrobiłam całkowity out z rzeczywistości koreańskiej dramy. Aczkolwiek przyciągnął moją uwagę, gdzieś rzucony, tenże filmik. A w Protect the boss znalazłam najlepsze sceny walki od czasu nieśmiertelnej Briget Jones. Absolutnie. Para spierających się ze sobą od paru lat kuzynów jest całkowicie nierealna i przekomiczna w całym swoim wyrazie. 
    Jednocześnie nieustannie ubolewam nad modnym w Azji typem fryzur męskich, totalnie niemęskich przy okazji. W dodatku zasłaniających całe czoło, przywodzących na myśl postać Biber'a (jeśli nie wiesz kim on jest, tym lepiej dla Ciebie), co raczej nie jest najszczęśliwszym skojarzeniem. A na nieszczęście, ten typ uczesania pojawia się obecnie w niemalże każdej koreańskiej dramie. I to nawet zabójczy City Hunter, który potrafi obezwładnić człowieka zeszytem, nosi się właśnie w ten sposób. Jest to chyba najsłabszy punkt tej serii... no może poza różowymi spodniami. Czy pracując w Błękitnym Domu wypada nosić różowe spodnie??? No wydaje mi się, że nie bardzo. Ale może się mylę. Błękitny... różowy... jeszcze zasłona w kwiatki i zrodzi się nam prawdziwa sielanka. Ok. To by było na tyle z najeżdżania na moją ulubioną, oczywiście sensacyjno-kryminalną z wątkiem zemsty w temacie, dramę koreańską.
         Miałam nie pisać nic, a tu takie coś. A teraz nie pozostaje mi nic innego jak wrócić do nauki. Styczeń jest zaiste niesamowitym miesiącem.





"You came?"
"Yes, I did"
"Oh good, now leave."

19.01.2012.