Pokazywanie postów oznaczonych etykietą k-pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą k-pop. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 czerwca 2014

Koreański maj

 JAKTOJUŻCZERWIEC?!?!?! Tym optymistycznym akcentem rozpoczęłam kolejny miesiąc. Z nieukrywanym przerażeniem spoglądam w przyszłość, a szybkość z jaką upływa mi ostatnio czas jest jeszcze bardziej demotywująca. Ale nie o marności ludzkiego żywota będzie tu dzisiaj mowa. Trochę muzyki, trochę innych koreańskich dziwów. Czas zacząć miesięczne podsumowanie.


AKMU


Cóż. Jak wspominałam już miesiąc temu, AKMU zdobyło moje serce i jakoś tak nawet w maju nie odpuszczało. A skoro nawinął się nowy teledysk, to jak o nim nie wspomnieć.


EXO



Jak do tej pory do wielkich fanów EXO nie należałam. Nadal, zapewne tym stwierdzeniem zaskarbię sobie nienawiść i anatemy u ich fanek, nie mam pojęcia jak mają na imię członkowie zespołu. Zresztą w sumie nie wiem, dlaczego się tłumaczę, nie jest to jakiś wyjątek... Od czasu do czasu wpadłam na któreś z ich  MV, i nie powiem, choreografie zawsze robiły na mnie wrażenie. Nowa płyta trochę mnie do nich zbliżyła.
Promujący ją teledysk Overdose. Hmm.... chyba każdy już zdążył zauważyć zaszczytną rolę jaki pełni w nim ów kapelutek. Zupełnie taki sam jaki kazała mi ubierać mama, kiedy wyjeżdżałam na szkolne wycieczki, by czasem promienie słoneczne zbyt mocno w czaszkę nie przygrzały. Styliści SM się się postarali i mamy ekipę rodem z podstawówki śpiewającą o miłosnym uzależnieniu - nie mam pojęcia co autorzy mieli na myśli. 
Z reszty utworów do gustu całkiem przypadł mi Thunder i Run.




Fromm



Końcem maja powraca Fromm! I to z dwoma teledyskami. K-indie ma się dobrze. Choć utwory przypadły mi do gustu odrobinę mniej niż te sprezentowane w jej ostatnim albumie, to i tak mają w sobie to coś co sprawia, że Fromm po prostu dobrze się słucha. 


Maj to również czas konferencji Into Korea. Wiele ciekawych informacji i nawet udało mi się wygrać książkę. Kolejną w kolejce do-przeczytania-po-magisterce :). 


I na koniec koreańska drama w łubudubu style - jakby ktoś przysnął. Z prezentowanych ostatnio trzech dram You're all surrounded jeszcze całkiem daje radę. New leaf znudził mnie rozprawami do tego stopnia, że mam już chyba dwutygodniową zaległość. A Doctor stranger... jest bardzo specyficzny, choć nadal, skwapliwie trzymam się tygodniowej rozpiski.



czwartek, 1 maja 2014

Koreański kwiecień

 AKMU

Krótko, zwięźle i na temat. Czyli kwiecień, który dla mnie pod względem muzycznym ma jeden główny typ - AKMU. Do czasu kiedy zobaczyłam pierwsze zapowiedzi, zupełnie ich nie znałam. A jak już je ujrzałam to się zachwyciłam. Nie wiem czy ze względu na ich piękne głosy, czy gitarowe dźwięki, czy fakt, że ani ich muzyka, ani wizerunek nie pasują mi zbytnio do YG. W każdym razie, dla mnie są powiewem świeżości w cały ten elektroniczno-błyskotliwy kpopowy majdan. Nie to bym go nie lubiła... tylko czasem mam go dość ;)


W Melted zakochałam się w momencie, oglądając pierwszą, koncertową wersję.

Block B (블락비)

Co by nie było tak monotematycznie jeszcze Block B. Piosenka, która za pierwszym razem podeszła mi średnio (Prawdopodobnie, przez to, że jak dla mnie, jest jedną z tych popularnych ostatnio 'sklejek', w których kilkakrotnie zmienia się rytmika i melodia - refren tak średnio pasuje do reszty), dopiero po którymś odsłuchaniu lalala bardzo mocno wryło się w świadomość. Teledysk jak zawsze pół żartem, pół serio. Mamy cyrk i clowny (wstrętne, okropne clowny... ten kto je wymyślił chyba chciał zrobić dzieciom na złość i wzbudzić w nich koszmary), zagubiona niewiastę (prawdopodobnie padłabym na zawał, gdybym wylądowała w cyrku z taką bandą :P), panie, które najwyraźniej zwiały z Hawajów i oczywiście ekipę Block B, którą jak zwykle trudno ogarnąć. Pierwsze skrzypce gra w tym MV P.O. wraz ze swoimi fioletowymi włosami, wyglądając w niektórych momentach, jak ajumma wyrwana z lat czterdziestych.





piątek, 18 kwietnia 2014

Koreański marzec

Wraz z noworocznymi postanowieniami pojawiło się również i to, czyli miesięczne podsumowanie koreańskich muzycznych nowości. Do długich recenzji nie mam zdolności, więc pomyślałam, że ta forma będzie idealna. 
Tymczasem. Przyszedł styczeń... potem luty... i totalnie nic. Jakby jakaś czarna dziura wessała wszystko. Od momentu, w którym zaczęłam interesować się Azją, jeszcze takiego zastoju w temacie nie miałam. Jednak nastała wiosna i okazuje się, że życie wraca do koreańskiego przemysłu muzycznego. W tym miesiącu chciałam jednak zacząć od dwóch trochę starszych pozycji, które całkowicie zdobyły moje względy, a potem przejdę do tego co pojawiło się w marcu. Zaczynamy. 

Yiruma


To jedno z tych odkryć, których dokonujesz przypadkowo, gdy przypominasz sobie o jakimś dawno niesłuchanym artyście i odkrywasz, że ma nowe konto na YT (w dodatku już nie tak całkiem nowe!) i jest tam pełno jeszcze niesłuchanej przez ciebie muzyki. Coś pięknego. Yirumę wiele osób kojarzyć powinno z utworu River flows in you, który swego czasu królował na fejsbukowej tablicy większości znajomych i rozpalał do czerwoności moje głośniki. A ostatnio usłyszałam go w jednym z odcinków Sly and Single Again i postanowiłam sprawdzić co u Yirumy słychać. I okazuje się, że całkiem sporo. I pięknie. Fortepian zdominował cały wieczór. Szczególnie: Reminiscent i Falling in love

Fromm 


Saundtrackiem pierwszych wiosennych dni roku 2014 zostaje album Arrival. Od jakiegoś czasu nie mogłam znaleźć na koreańskim podwórku muzycznym czegoś, co tak by mnie wkręciło. Początkowo jeszcze bardzo nieśmiało - nooo... całkiem to ok - a potem to już syndrom zapętlenia.

 2NE1


Dara czy ty masz domalowaną grzywkę? CL nie za ciepło ci w tym futrze?
Mam wrażenie, że każdy nowy teledysk, który wypuszcza YG jest pełen absolutnie wszystkiego. Stroje, fryzury, efekty specjalne i świetlne, gadżety, muzyczne wariacje. Wybuchowa mieszanka. I starzeję się chyba, bo powoli zaczyna mnie to męczyć. Dużo przyjemniej zapętla się artystów takich jak np. Fromm, Jaurim czy Roy Kim. Choć od YG się tak łatwo nie uwolnię. Drugi teledysk, który miał ostatnio premierę: Come back home

Girls Generation


Do fanów GG nigdy nie należałam. Mr.Mr. przemknęło niemal niezauważenie. Zainteresowała mnie dopiero wersja taneczna. Lubię oglądać choreografię (no może z wyjątkiem popisów w stylu 4minute). Bez blichtru, w trampkach i wytartych spodniach. Od razu jakoś lepiej mi się to ogląda. Oj, kolejny powód, że się starzeje. MV

Orange Carmel



Trzymałam się dobrze. Żadnej myśli o sushi od pewnego czasu. A tu nagle Orange Carmel wyskakuje z Catalleną i cała terapia na nic. A finanse krzyczą nie. A właściwie śpiewają... w rytmie disco.

Super Junior - M

Co prawda chińskie wydanie. Ale... Siwon z wąsem. Tego jeszcze nie było.


M.I.B


Panowie z M.I.B najwyraźniej usłyszeli, że znaczącym trendem na wiosnę-lato będą pastele. I wyszło pastelowe wcielenie groźnych raperów. I ten durszlak na głowie. Magnetyczne działanie durszlaka odkrywałyśmy pewnej sesji. Tak...  nieprawdopodobna moc.
Nie mam pojęcia na czym polega fenomen, ale zauważyłam, że praktycznie każdy nowy singiel z k-hopów opowiada mniej więcej o tym jaki to wykonawca jest mega i super i w ogóle megasuper i jak nie daje się zgnieść wrogo nastawionej do niego opinii publicznej. Ale chłopcy: "But all the guys wearing BB and lipstick in the VVIP room, piss off..." rzeczywiście, w szczególności Kang Nam, ani śladu makijażu, 100% drwala z lasu. 
Jednak pomimo wszystko i tak zawsze czekam co też następnym razem wymyślą.

środa, 16 kwietnia 2014

SM Ent. - klątwa spudłowanych teledysków

Jesteś fanem koreańskiego popu? Czy gdyby ktoś zapytał Cię o wspólną cechę teledysków SM Ent. miałbyś/miałabyś jakiś problem z jej wskazaniem? Podejrzewam, że nie. Nawet jeśli wielkim fanem tego rodzaju muzyki nie jesteś. W czym drzemie problem? Otóż mam wrażenie, że producenci od kilku lat w tworzeniu MV kierują się jednym, najwyraźniej wg nich sprawdzonym, przepisem:

pic


1. Weź artystę i zamknij go w pudełku.
2. Wymyśl choreografię.
3. Ubierz artystów w paradne ciuchy. Nie muszą oczywiście do siebie pasować.
4. Rozmieść wszędzie błyskające flesze,
5. Zmieszaj razem - idealny teledysk gotowy. 






Z jednej strony podziwiam żelazną konsekwencje SM Ent., choć czasem zadaje sobie pytanie: czy faktycznie jest to konsekwencja, czy zwykły brak pomysłów. Ale skoro są w stanie wypuścić artystyczną zapowiedź jak w przypadku F(x) o brak lotności nie mogę ich posądzić.



Człowiek już ma nadzieję, że pojawi się coś nowego,ciekawego, liczy na powiew świeżości w zatęchłym hangarze. Tymczasem wygląda na to, że ktoś dostał nagłego ataku sklerozy i Rum Pum Pum wygląda tak a nie inaczej. A nawet więcej. Jest teledyskiem, który wydaje się łączyć masę niepasujących do siebie elementów. Scenografia i kostium w pierwszym rzędzie. W dodatku ilość świateł, które błyskają w dość niekontrolowanym rytmie budzi pytanie jak dziewczyny z F(x) wytrzymał kilkanaście, lub nawet kilkadziesiąt, godzin na planie pracując przy takim natężeniu migotania ze wszystkich stron i nie sfiksowały przy okazji - choć tego nie można być do końca pewnym. Szczególnie, że piosenka wpada w ucho, tekst też daje radę, a może właśnie dlatego, że daje radę można by było stworzyć coś naprawdę fajnego. Jedynymi ujęciami, które zrobiły na mnie duże wrażenie, były momenty, gdy dziewczyny stały na tafli szkła, a kamera objeżdżała je w koło. Były ciekawe i pasowały do tekstu.


Skoro już wyszłam na totalnego hejtera. By jeszcze więcej namieszać, zrobię to co zwykle robię w takich sytuacjach, objawie swoje inne racje. Wiele z tych teledysków uwielbiam, przez scenografię, kostiumy - jak widać te elementy u jednych potrafią budzić uczucia całkowicie pozytywne, natomiast u innych wręcz przeciwnie. Totalny subiektywizm. Ponadto choreografia, która wielokrotnie sprawiała, że przycisk Reply, gdyby mógł, rozpaliłby się do czerwoności. Teledyski jak Sherlock czy Spy, które uwielbiam, właśnie przez wzgląd na układ taneczny, ale które oglądam jedynie w wersji Dance. Czy BoA i Shadow. W ogóle BoA jest chyba jedyną artystką SM Ent., której udaje się umknąć schematom, zapewne dlatego, że jest solistką i ma za sobą lata pracy w przemyśle. Jednak grupy złożone z wielu członków ciągle cierpią na syndrom pudła.
Jednak by postawić sprawę jasno. To nie tak, że jestem za całkowitym zarzuceniem tego typu MV.  W końcu to one sprawiły, że SM ma swój własny styl. Lecz co zrobić, gdy coś co ma być wizytówką przeradza się w monotonię? Dobrym pomysłem wydaje się być tworzenie dwóch wersji teledysku - Dance ver. i Drama ver. Każdy znajdzie wtedy coś dla siebie. A jeśli nie, to czy nie można by było połączyć tych dwóch wariantów, zastępując zbliżenia facjaty opowieścią?

Czy istnieje jakaś nadzieja dla artystów SM Ent., by mogli wyjść z hangary i odetchnąć świeżym powietrzem? Otóż ostatnio odkryłam, że jest. Wystarczy tylko zmienić opcję "język" na japoński. Proste i skuteczne.



Pierwsi w kolejce. SuJu. Choć jednak jeszcze bardzo nieśmiało, przez piwnicę pełną świetlówek, ale udaje im się wydostać na dach. Widać już nie tylko niebo (W przypadku Henrego ktoś prawdopodobnie zapomniał zamknąć pudełka), ale nawet miasto. Coś zaczyna się dziać. Chłopaki ośmielają się wyraźnie i śpiewają, że są super hero. A tylko wyszli na dach.


BoA natomiast całkowicie wyzwala się z zamknięcia i pomyka po plaży z uśmiechem na twarzy. Oh yeah! Freedom!


Razem z nią uciekli Shinee najwyraźniej, bo sceneria wygląda nad wyraz znajomo. Zobaczymy czy dotrzymają obietnicy, bo zapowiedzi potrafią być przebrzydłymi trollami. Great escape!



To tyle o klątwie spudłowanych teledysków. Zobaczymy co przyniesie przyszłość.
A jak na razie zapuszczam Hot Summer i nie patrzę na termometr.


29.07.2013.

Roy Kim - Love, Love, Love

Psikam i kicham, a pogoda sama zachęca mnie do zamelinowania się pod kocem z jakąś dobrą książką, tudzież kolejnym odcinkiem Czasu Honoru. W zasadzie to ostatnio zaczynam dostrzegać, że jestem dużo większą entuzjastką deszczu niż trzydziestostopniowych upałów. Zwłaszcza, gdy trzeba poruszać się krakowskimi tramwajami - szczególnie tymi sędziwymi z linii nr 4. Chwilowo jednak uciekłam od zgiełku miasta. Reklamówka z "książkami-do-nadrobienia" również przybyła. Jest co robić. 
Optymizmu wszechobecnej szarości dodaje Roy Kim (로이킴), którego nowy teledysk miał dzisiaj swoją premierę. I choć nie przypadł mi do gustu specjalnie jego poprzedni utwór Bom Bom Bom, to bez wątpienia jest to jeden z najbardziej przyjemnych dla ucha głosów w koreańskim przemyśle muzycznym. A i piosenki przy akompaniamencie gitary i fortepianu wprowadzają wiele świeżości i stanowią miłą odmianę po przesłuchaniu wielu elektronicznych wariacji. 


이 노랠 들어요

Love Love Love

Choć po obejrzeniu MV jedyne co przychodzi mi na myśl to:



25.06.2013.

Spoiler

Niestety czas ferii szybko dobiega końca, trzeba będzie powoli przestawić się na tryb studyjny po błogim lenistwie. Wezwać szare komórki w stan gotowości i zmierzyć się z pierońsko beznadziejnym planem zajęć. Jednak przez ostatnie dwa dni mam zamiar nie myśleć o tym zbyt wiele. 


Jak do tej pory udało mi się ukończyć samurajską bluzę, za którą zabierałam się już dłuższy czas. Kolaż z Darą też już coraz bliżej finalizacji, niedługo pewnie wyląduje na Szufladowym. Zrobiłam też nalot na starą szafę i ponownie odkryłam coś nowego. Tym razem idealnie dopasowaną czerwoną spódnicę, która jednak schowana była pod żakietem 'do-kompletu', w którym zmieściłabym się z trójką lemurów (niech żyją lata 80-te!) on już nie zaskarbił sobie mojej sympatii. Wpadłam na genialny pomysł skrócenia spódnicy - ręcznie. Dzięki Bogu jest na tyle wzorzysta, że moje zdolności krawieckie ukrywają się w ornamentach. I powzięłam postanowienie przełamywania mojej nabytej awersji do książek 'nieprzydatnych naukowo' (bo tych było całkiem sporo ostatnio). Już dawno nie przeczytałam żadnej powieści ot tak, dla zwykłej przyjemności. Czas to zmienić! Powoli przypominam sobie co to znaczy radość wodzenia wzrokiem po linijkach tekstu.


Easy A - Worst song ever clip 

A dlaczego ten klip? Cały dzień łazi mi po głowie. I wydaje mi się, że jest idealną wizualizacją mojego podejścia do kpopu. W wielu przypadkach moja reakcja tak właśnie wygląda. Szczególnie na początku, choć teraz też często mnie to spotyka. Ostatnio w ten sposób wkręciłam się w Dream Girl Shinee. W czasie porządków miotła przestaje służyć jako przyrząd do sprzątania i przechodzi metamorfozę w element sceniczny. Szkoda tylko, że moja koordynacja ruchowa za tym nie nadąża. Cierpię ja. Cierpi kot. I miotła też cierpi... 
No dobra zdarza się, że przesłuchując nowe utwory znajdzie się jakiś, który powali z miejsca. Tak było z Still Alive Big Bang, albo z Butterfly SuJu. A ostatnio miano turbo-dopalacza pełni Spoiler Shinee. Magling time.

23.02.2013.

Z dziennika azjatyckiego fashionisty: futerka

Niesamowita popularność wszelkich futrzanych elementów w garderobach azjatyckich panów fascynuje mnie nie od dziś. Jednak nowy teledysk Super Junior niespodziewanie skłonił mnie do refleksji na ten temat. Oglądając dobre dwa lata temu Hana Yori Dango byłam zupełnie rozbrojona stylem Tsukasy wybitnie wielbiącego wszelkie mechate kołnierze. Drama powstała blisko 8 lat temu, wydawałoby się, że futerkowy trend powinien obumrzeć śmiercią naturalną. A jak widać, jest zupełnie inaczej.

Kobiety zawsze znane były wielkie wielbicielki futer, ale panowie? Umówmy się, że nie będę sięgać do czasów historycznych, jakiś Mieszków, sarmatów i innych. Zapewne kożuchy można uznać za obecne i popularne, może parę... dziesiąt lat temu, ale były. Generalnie jakoś na czasy obecne pana w futerku, przechodząc ulicą, nie uświadczymy. Może dlatego jak gdziekolwiek widzę mechaty kołnierz, zawsze kojarzy mi się z azjatycką dramą. A od niedawna też z kpopowymi teledyskami.

Tsukasa w czasie wyjścia do zoo (ep. 6). Absolutny brak litości dla biednych stworzeń, które z przerażeniem będą musiały patrzeć na co co zostało z jednego z ich pobratymców.

pic
 Oczywiście koreańska wersja Tsukasy, czyli Gu Jun Pyo odziedziczył zamiłowanie do ocieplaczy.
 


Muszę przyznać, że styliści SM przeszli samych siebie. Te mechaty, te piórka, nawet firanka się znalazła. I ruski czepiec na głowie Siwona. I bioderkowe ocieplacze coby wilka nie złapać. Modowa kombinacja alpejska.



Kolejne mistrzowskie puchaty pojawiają się u Shinee. Tu za największego kozaka uchodzi Minho. Ale nie jest to ich jedyne piórkowo-futerkowe wystąpienie, cofniemy się trzy lata wstecz i podobny motyw znajdziemy w... tak - Ring Ding Dong, choć tam większą popularnością cieszyły się jednak pióropusze.



pic
Z ostatnich dramowych inspiracji Siwon w The King Of Dramas. Tym razem już pełne futro, zapewne kawiarnia nie była ogrzewana ;P

pic
Gdybym miała wybrać najlepszą stylizację w tej kategorii zapewne, wygrałby ją nie kto inny jak Anthony Kim. Przy jego elegancji całe te kołnierze jeszcze jakoś się bronią. Serio, lubię jego styl (dość specyficzną elegancję, którą przełamuje różnymi dziwami jak futerka czy liliowe buty- moi ulubieńcy ;P) i wcale nie jestem stronnicza w tej kwestii przez wzgląd na ogromną sympatię do samej dramy.


Ale... to... chyba... nie... był...

W zasadzie to tyle moich przykładów, prawdopodobnie nie za chwalebna kolekcja. Z zaciekawieniem oczekuję przyszłych metamorfoz tego trendu. Kolejnych wcieleń obrzydliwie bogatych paniczów, dla których ten nieszczęsny mechat najwyraźniej jest oznaką statusu. Kolejnych teledysków, gdzie futerka wybijane ćwiekami fruwają w rytm tanecznego beat'u. Tak, nie przewiduję raczej rychłej śmierci tego trendu.

16.01.2013. 

Block B - hey mambo!

   No dobra, nie należałam do wielkich fanów Block B. A można by nawet rzec, że byli oni przez moją osobę całkowicie ignorowani, gdzieś w tyle głowy nazwa się kołatała, ale jedyne co mogłabym powiedzieć to to, że całkiem fajnie buja się na parkiecie do NalinY:P (nie żebym wiedziała kto to wykonuje). Czas ignorancji jednak dobiegł końca wraz z wyjściem nowej płyty. I nie było specjalnie zamierzone, pierwszy raz słuchając Nillili Mambo stwierdziłam, że jest całkiem przyzwoitym kawałkiem, niestety jest to jeden z tych utworów, które bardzo mocno wchodzą w głowę z każdy kolejnym odsłuchaniem i obecnie pożegnałam się na dobre z określeniem 'przyzwoity'. Tematyka z pod znaku pirackiej bandery tylko utworowi pomogła, w momencie przypomniał mi się czas młodzieńczego buntu: walki z mamą o koszulkę z czachą (Najpierw skrzętnie ukrywaną, potem dramatycznie odkrytą, ostatecznie ocaloną. Ciągle jeszcze siedzi gdzieś na dnie szafy), plakaty z Jackiem Sparrow'em (Zastąpione obecnie kolażami z Mulan), z tego okresu na swoim miejscu pozostały jeszcze meble w owych klimatach, płyty DVD z filmami i Soundtrack w głośnikach.


   Idąc dalej droga skojarzeń jakie wywołał ten teledysk, muszę stwierdzić, że Zico czuł by się idealnie w czasach PRL-u. Jego kwiecisty płaszcz całkowicie wpisuje się w stylistykę czasów kiedy to szyło się ubrania z zasłon babci. No cóż łatwo nie było, a pogoń za modą swoje kosztuje :P. Wie o tym Jae Ho, którego na koszule w ogóle nie było stać. Kyung natomiast pragnie poczuć się jak Roszpunka ganiając z patelnią.
   I taniec jest do spamiętania. Zazwyczaj tak wygląda w moim przypadku, więc nie będę musiała się zbytnio wysilać, a przy okazji nie będę uznawana za RoboCopa jak zazwyczaj. Same plusy.
   A na koniec wersja koncertowa. Bo stroje mają nieprawdopodobne, ta czerń, te żaboty... no dobra jeden żabot, ale jaki :). W podstawówce wróg nr 1, obecnie po wszelkich piracko steampunk'owych perturbacjach mógłby zyskać miano mego przyjaciela. 



21.10.2012.


Dzieci, ryby i fani kpopu głosu nie mają

   Muszę stwierdzić poważne obumarcie głosu po zbyt głośnym wykrzykiwaniu tekstów koreańskich piosenek (oczywiście o tyle o ile:P) na Discomuniacton vol.4. Czyli zasada tym-razem-będę-się-oszczędzać nie zatrybiła, jak zawsze zresztą. Nieprawdopodobny ścisk i gorąc, szaleńczy bieg na parkiet, by pogibać się w takt ulubionego utworu i szybki desant przy nadmiarze słodkości. A potem równie fascynujący powrót nocnym tramwajem, gdzie panowie z wielkim apetytem robili sobie bułki z pasztetem, smarując je wspomnianym pasztetem za pomocą dowodu osobistego. Jak to mówią jak się nie ma się lubi, to się lubi co się ma.

A z mojej obecnej lektury:
"[Wang Geon] nadal też odwoływał się do tradycji Go-gu-ryeo i zamierzał - zgodnie ze wskazaniami geomantów, których niezmiernie szanował i którym ufał - przenieść w przyszłości stolicę do Pyeong-yangu, dawnej stolicy Go-gu-ryeo, która jakoby, według zasad tejże geomancji, ma położenie idealne dla zapewnienia pomyślności państwa (co biorąc pod uwagę dzisiejszą sytuację ludności KRL-D, podważa jednoznacznie wiarę w prawdy głoszone przez fengshui...).
Joanna P. Rurarz, Historia Korei, s. 158


Nic dodać, nic ująć. Dobrej nocy :)

16.10.2012. 

SHINee - Sherlock, tanecznym odkryciem tygodnia :P

   Niektórym minął już pierwszy tydzień nauki szkolnej, mi natomiast pierwszy tydzień fascynacji choreografią Sherlocka. Tak, to będzie wyznanie z cyklu "olśnienie roku" biorąc pod uwagę, że chodzi o SHINee to praktycznie wręcz dosłowne. A jak to się stało, że uchowałam się przez te ostatnie sześć miesięcy w całkowitej ignorancji? Otóż raczej prawdopodobne, że trwała bym w niej nadal, ale o tym później. Na początku powiem, że to nie było tak bym Sherlocka nie słyszała, bo przewinął się niegdyś przez moje uszy i oczy, parokrotnie nawet. Jednak nie wzbudził jakiegokolwiek mojego zainteresowania. Możliwe, że przez to iż oglądałam wersję z duchem, którego nikt się w dodatku nie bał. Nie wiem czy była to jakaś luka w scenariuszu, czy Koreańczycy mają stalowe nerwy, aczkolwiek było to dziwne.
   Tak trwałam w tej ignorancji do zeszłej niedzieli, kiedy to odwiedziła mnie kumpela, należąca raczej do osób: słucham-Pink-Floyd-gardzę-muzyką-pokroju-kpop, zapytała mnie: znasz SHINee? Nie powiem, szok wywołany tym zdaniem był ogromny. Otrząsnęłam się akurat w momencie kiedy teledysk już leciał. A moja Sis przypatrywała się z boku z trwożnym przejęciem, pytając: co ta dziewczyna robi w boysbandzie? Tłumaczenia były bezowocne, nie wsparła naszej idei grupy tanecznej, a my przez cały wieczór wyszukiwałyśmy teledysków z najdziwniejszymi układami choreograficznymi, zahaczając nawet o Japonię.



   W każdym razie, jak już wspomniałam, zostałam fanką detektywistycznego układu tanecznego. I jak dla mnie jest jedną z najlepszych, choć poważnie rozmyślam czy aby nie najlepszą, k-popową choreografią jaką do tej pory widziałam. Choć może nie widziałam za wiele. Nic to, Sherlock z kozackimi podbiegami, zajęczym hasaniem i robotycznymi przejściami zwojował ten tydzień. Plus niesamowity posłaniec pieśni, którego nigdy bym o to nie posądziła :).

09.09.2012.

G Dragon: wejście smoka - odsłona druga

   G Dragon po trzech latach postanowił wreszcie powrócić z solowym albumem. Nie ukrywam, że niesamowicie czekałam co tym razem pokaże niepokorne dziecko rodzinki YG. I choć pierwszy utwór wydawał się dość typowy zarówno dla GD jak i dla mojego toku rozumowania, tak drugi singiel niezmiernie mnie zaskoczył i równocześnie rozradował. Ale od początku.

pic 
***
  

    Tydzień na światło dzienne wyszedł singiel One of the kind. Szczerze powiedziawszy nie zdobył jakoś moich uczuć, prawdopodobnie dlatego, że jako rockowe dziecko od dawien dawna byłam wrogiem wszelkiej rapopodobnej twórczości. Z czasem trochę się to zmieniło i obecnie słucham bardzo różnych gatunków, jednak... no cóż, utwór stricte osadzony w tego typu stylistyce, nie przebił się przez mur mojej dawnej niechęci. Myślę, że to przede wszystkim wina strony wizualnej, totalnie nie podobają mi się tu fryzury GD, to po pierwsze, moda też, to po drugie. A po trzecie ten biedny tygrys (Choć osobiście lemury nie darzą ich zbyt wielką sympatią, nie lubimy czegoś co jest większe i ma ostre pazury. Zaraz... więc z definicji nie powinniśmy też lubić smoków. Och tryb filozofa mi się włącza, niedobrze) wydawał się tak strachliwie zdezorientowany, że aż mi się nieswojo zrobiło (W dodatku GD paradował w tym stroju przed nim... buty z ciotki, spodnie z mamy, a na plecach głowa taty...? Nawet mi Simba przyszedł na myśl). Odniosłam też wrażenie przeładowania. Skrajnego podążania za chęcią zaszokowania, olśnienia... nie wiem czego jeszcze. Co jest chyba trochę charakterystyczne dla YG. Pomimo tego nie mogłam wyzbyć się myśli, że z czymś mi się kojarzy i po jakimś czasie odkryłam z czym: Knock out. Białe tło, tańczące panie, dzieciaki i zwierzaki, no i sam charakter utworu. Choć tamten teledysk nawet lubię, nic to, że został zablokowany. Tutaj jednak zdecydowanie muszę powiedzieć, że strona wizualna mnie przytłoczyła i choć nuta całkiem buja, to jednak całość jest jak dla mnie nieco zbyta natarczywa. Audio będzie lepszym wyborem, choć i tak nie będę po nie sięgać zbyt często.
   Co do samego utworu GD po raz kolejny wyraża swoją krytykę pod adresem swoich przeciwników i mediów, które pragnęłyby go sobie podporządkować. Znany jest bowiem z tego, że odbiega znacznie od reszty typowych kpopowych artystów. U jednych budzi podziw, u innych nienawiść. Nie będę tu może streszczać każdego wersu piosenki, jest jednak pełna różnych odniesień, czy symboli, przez które Smok wyraża swój sprzeciw względem zaszufladkowania i próby ujęcia, zarówno jego osoby, jak i twórczości, w jakiekolwiek ramy. (tekst pl- Szczypta Orientu)

***



   Za to drugi utwór muszę postawić na zupełnie przeciwległym biegunie. Nie tylko przez to, że pod względem muzycznym również w ten sposób należałoby go określić. Nie muszę ukrywać, że ten singiel zupełnie mnie zadziwił,  słysząc tuż przed premierą o cenzurze wiekowej, widząc poster promujący klip stwierdziłam, że będzie kolejnym buntowniczym dziełem, zapewne dość agresywnym czy też to w muzyce, podkreślonej jakimś energetycznym beat'em, czy w obrazie. Tymczasem, no fakt cenzura wystąpiła, ale cała reszta jest zupełnie klasyczną balladą z cudnym gitarowym pobrzdąkiwaniem w tle. Wow, naprawdę, zupełne zaskoczenie. Może nie tyle, że ballada, bo taki utwór zdecydowanie widziałabym w repertuarze GD, natomiast, że tak będzie wyglądał ów singiel... w najśmielszych snach tak bym sobie tego nie wyobraziła. 
   Jak nie strawiłam wizualnego oblicza One of the kind tak to mnie zupełnie porwało. Idealne wyczucie kolorów, cała atmosfera klipu i te wnętrza! Jestem na tak. Nawet to rozmycie nie drażni zbytnio. Moda też mnie zachwyca, choć golfów nie strawię, muszę jednak stwierdzić, że w Korei mają swoich wiernych fanów (uuu... :(:P). Jennie Kim jest piękna. GD w końcu ma włosy w jakimś neutralnym kolorze, te poprzednie to tragedia. Zastanawia mnie tylko dlaczego, jak już dostrzegam jakiś tytuł książek, to nie są ona koreańskie, a jeśli mnie wzrok nie myli to niemieckie...? I to pip - nie lubię tych intruzów w utworach.
   A tak w ogóle piosenka opowiada o nieszczęśliwej miłości do dziewczyny, która woli jakiegoś s... od szczerego w uczuciach GD. Tamten jest szczwanym lisem, jednak ona zaślepiona miłością nie dostrzega jego prawdziwego oblicza. (tekst pl- Szczypta Orientu)

Tyle w skrócie i wracam do maglingu :)

31.08.2012. 

Koreańska Fala: trochę ciemniejsza strona mocy

   Do tej pory wielokrotnie wyrażałam swoją fascynację koreańską kulturą. Jednak przyszedł ten czas by stanąć w prawdzie przed sobą i całą rzeszą kpopowo-kdramowych fanów i pokazać, że cały ten fenomen to nie tylko kwiatki, bratki i stokrotki. Przykro mi, lecz tak jest w istocie. I może pominę w tym poście aktywne grupy hatersów, które z całą stanowczością zwalczają koreańską popkulturę we wszystkich jej przejawach oraz inne zarzuty tyczące się bezpośrednio stylistyki gatunku. Przybliżę za to kilka uwag, które najczęściej pojawiają się w rubryce: krytyka. Przywdziewam, więc maskę Lorda Vadera i podejmuję wyzwanie. 


Zapominanie o tradycji: Wielu Koreańczyków, którzy znają dobrze kulturę swojego kraju widzi w k-popie duże zagrożenie. Muzycy i krytycy związani z tradycyjną muzyką obawiają się westernizacji i tego, że zagranicą znani będą głównie z raczej czegoś mało ambitnego (jeśli coś ma w tytule pop nigdy nie cieszy się zbytnim uznaniem krytyków, bez względu, gdzie i jak jest tworzone). Prawdziwe piękno tradycyjnej muzyki coraz częściej jest zapominane, programy telewizyjne zalewane są popowymi programami, młodzież zasłuchana w ulubione zespoły, nie stara się wysilić, by poznać muzykę instrumentalną. Inne gatunki muzyki jak rock czy indie, choć posiadają wielu godnych reprezentantów, również nie mogą przebić się przez popową falę.

Money, money, money: Z takiej perspektywy wielu krytyków spogląda na przemysł muzyczny. Nie trudno się dziwić, kiedy patrzy się na wyniki jakie osiąga się ze sprzedaży płyt, biletów i masy produktów bezpośrednio, lub pośrednio propagowanych przez idoli, można łatwo zrozumieć, że k-pop to niezły biznes. Pojawia się pytanie: gdzie w tym wszystkim liczy się osoba? Bo każdy trenowany kandydat na idola to inwestycja i to nie mała. Czy wielu wielu jest branży menadżerów rodem z Oh! My Lady? Prawdopodobnie my prostaczkowie nigdy nie poznamy owych tajników, więc lepiej dla nas będzie zwyczajnie nie dociekać.

Dane z pierwszego kwartału 2012 roku: http://en.wikipedia.org/wiki/Korean_wave

Perfekcyjność do potęgi n-tej (sexy, cute, strong): Oglądając teledyski koreańskich artystów bez problemu stwierdzić można, że w nich wszystko musi być idealne. Nie ma tam miejsca na rzeczy dobre, czy nawet bardzo dobre. Wszystko musi być perfekcyjne, lepsze niż ma konkurencja. Począwszy od scenografii, przez kostiumy na choreografii kończąc. Jednak najwięcej zarzutów wzbudza sam wygląd idoli. Nienaganne sylwetki, piękne twarze i pradawni bogowie widzą co jeszcze. Większość śmiertelników patrząc na ich podobizny w magazynach niechybnie wpada w kompleksy, porównując siebie do obrazu jaki lansują media. Zwykle mało kto myśli nad tym, że jest to efekt uzyskany w taki a nie inny sposób: styliści, fryzjerzy, spece od makijażu, Photoshop :), jak również chirurgia plastyczna to wierni przyjaciele sław. Dla wielu kreowanie takiego obrazu zdecydowanie mija się z rzeczywistością i powoduje, że większość młodych ludzi (bo oni zwykle uznawani są za grupę docelową) porównując się z idolami traci poczucie własnej wartości. Z drugiej strony pęd za nieskazitelną urodą sprawia, że wzięciem cieszy się chirurgia plastyczna, która w Korei jest tak popularna, że na operacje specjalnie przybywają osoby zza granicy. Pacjentki często przynosząc ze sobą zdjęcia swoich idolek chcąc jak najlepiej wpisać się w aktualny kanon piękna.


Ciężki żywot idola (No boyfriend, no scandals): Choć ciężka praca zaczyna się znacznie wcześniej, nim jeszcze taki delikwent zostanie osławiony, najpierw musi przejść przez kasting, a potem intensywnie przygotowywać się do debiutu w trakcie treningu. Wiele grup nawet po przejściu całego szkolenia tuż przez wydaniem płyty przechodzi eliminacje, które mają wyłonić najlepszych. Bierze się tu pod uwagę: wygląd, śpiew, taniec, radzenie sobie ze stresem, czy znajomość języków. Znaczenie terminu 'intensywne' po raz pierwszy całkowicie uzmysłowiłam sobie kiedy Simon z EYK zapytał członków zespołu U-Kiss: ile wciągu tygodnia mają czasu wolnego, najpierw padła odpowiedź: zero. Potem chłopaki poprawiły się i stwierdzili, że przecież czas snu jest czasem wolnym (U-Kiss Backstage Chat: jakoś ok 7 min). Cały dzień ustawiony jest według określonego grafiku. Ćwiczenia, ćwiczenia, jakiś program rozrywkowy, ćwiczenia, sesja, ćwiczenia, drama... Nie trudno się domyślić, że taki tryb życia nie pomaga zbytnio w budowaniu relacji międzyludzkich. Szkoła, zakupy, a co najważniejsze: spotkania z rodziną i przyjaciółmi nie mieszczą się w czasie. Dodatkowo wytwórnie zaznaczają w kontraktach, że nie ma tu miejsca na jakiekolwiek miłostki. Artyści znajdują się pod niesamowitą presją mediów, tworzy się wokół nich otoczkę tajemniczości, nie pozwalając sobie na chociażby cień skandalu. A z tym jak wiadomo, jest różnie. Jednak społeczeństwo koreańskie wydaje się być niesamowicie wyczulone na tym punkcie. Niektóre rzeczy, które prawdopodobnie na Zachodzie przeszłyby bez większego echa, tam traktowane są niczym poważne wykroczenie. Może dzięki temu gwiazdki pokroju Lindsay Lohan nie zrobiłyby tam kariery- i dobrze.

G Dragon i Daesung w programie Healing Camp musieli wypowiedzieć się publicznie na temat skandali.

Jesteśmy zespołem, ale nie musimy się lubić: To hasło przyświeca chyba każdej k-popowiej grupie, która, jak wiadomo, złożona jest z członków wybranych przez wytwórnie, którzy nie znali się wcześniej. Wbrew wiecznie uśmiechniętym wizerunkom pokazywanym w mediach, nasi idole wcale nie muszą się lubić. A kiedy zdamy sobie sprawę, że są zmuszeni spędzać ze sobą cały czas: razem mieszkając, razem pracując, razem jedząc posiłki. W takim układzie to normalne, że kłótnie się zdarzają, tym bardziej w zespole złożonym z kobiet. Nietrudno mi wyobrazić sobie latające noże. Jednak wytwórnie wszelkimi sposobami starają się zachować jak najbardziej optymistyczny wizerunek swoich podopiecznych: nieporozumienia? no skądże!

  Trochę o tym EYK na tle skandalu z T-ARA

SuJu również w temacie, ale w bardziej komediowych barwach :)

Piraci: Wraz z falą popularności koreańskiej muzyki i dram, rynek zalała fala pirackich wydawnictw. Problem jest tym większy, że obecnie k-pop i k-dramy ogólnoświatowej publice znane za sprawą internetu. Z jednej strony dzięki niemu ich popularność stale rośnie, z drugiej mało kto wysila się na kupowanie oryginalnych płyt.

   To chyba najczęściej przewijające się stwierdzenia jeśli chodzi o krytykę Koreańskiej Fali. Zebrane pokrótce, mam nadzieję, że nieco zobrazują, choćby w minimalnym stopniu, ową ciemną stronę mocy. Można się z nimi zgadzać, można polemizować. Są potraktowane nieco ogólnikowo, ale nie chodziło mi też o to by powstała epopeje, zresztą do tego potrzebowałabym o wiele większej ilości lektur. Choć muszę podkreślić, że nie jest to jedna strona medalu, bo hatersów było więcej i nawet na piśmie wydali swój anty-koreański manifest, ale o tym może przy innej okazji, bo tu wchodzimy na jeszcze inne kategorie nieporozumień.

Więcej:
- http://www.iias.nl/nl/42/IIAS_NL42_15.pdf
- http://news.bbc.co.uk/2/hi/business/1646903.stm
- South Korea's Pop Wave: dokument po angielsku.

29.08.2012.

Koreańska Fala: Dae Jang Geum - fala przekracza granice Azji

pic
   Kiedy już Korea pokazała na azjatyckim podwórzu swoje popkulturowe możliwości, reszta świata również zaczęła kierować oczy na wschód pragnąc zaznajomić się z tym fenomenem. Oczywiście fala przerwała granicę Azji za pomocą dramy. Tym razem okazało się, że serca światowej publiki zdobyła produkcja  Dae Jang Geum, tuż po tym jak opanowała sąsiednie kraje. Drama znana jest również pod tytułem  Jewel in the Palace i pokazuje wzloty i upadki osieroconej dziewczyny, która zostaje naczelnym lekarzem króla. Oparta jest na postaci wspomnianej w Kronikach Dynastii Joseon. Podczas pierwszej emisji w Korei zgromadziła 57% widzów, żadna inna produkcja do tej pory nie uzyskała takiego wyniku. A pokazane w niej tradycyjna architektura, stroje i kuchnia spowodowały światowe zainteresowanie koreańską kulturą.
   Najpierw wywołała istną gorączkę w Chinach, w 2003 roku w Hong Kongu miała nawet większą oglądalność niż mecz z HK z Hiszpanią (zastanawiam się czym kobiety zastraszyły swoich mężów:)). Ulice zamierały, coraz więcej osób zaczęło interesować się kuchnią oraz innymi produktami pochodzącymi z Korei. Ten fenomen widoczny był nawet w Chinach, które do tej pory uważane były za kulinarną potęgę.
   W Iranie, gdzie na kanale Channel 2 rozpoczęto emisję dramy, zyskała ona ogromną oglądalność. Koreański dziennik,  Chosun Ilbo, relacjonował, że dzięki tej produkcji zmieniło się nastawienie Irańczyków względem Koreańczyków, od tej pory byli względem nich zdecydowanie bardziej życzliwi, a gdy na ulicy dostrzegli kogoś kto potencjalnie mógł być mieszkańcem Korei, często niespodziewanie podchodzili do takiego osobnika i ściskając dłoń mówili: „Yang Gom (irańska wymowa Jang Geum, tytułowego bohatera) kaili khube! (bardzo dobre!)”. Natomiast w listopadzie 2011 roku wiele ważnych osobistości zebrało się w budynku ambasady Korei na przyjęciu zorganizowanym w związku z zakończeniem emisji dramy. Tego typu wydarzenie zapewne jest ewenementem na skalę światową.
   Na Bliskim Wschodzie dama była emitowana również w Jordanie, Arabii Saudyjskiej i Egipcie. Jednak tu jej sława się nie kończy, zaczęła bowiem zdobywać sobie widzów w krajach takich jak: wspomnianych wcześniej Chinach, Tajwanie i Hong Kongu, ale też w Malezji, Singapurze, Indonezji, Brunei, Filipinach, Tajlandii, Wietnamie, Indiach, Turcji, Izraelu, Nigerii, Rumunii, Węgrzech, Bośni, Rosji, Szwecji, Kolumbii, Peru, Kanadzie, USA, Australii i Nowej Zelandii. Była pierwszą dramą, która przełamała stereotyp wyłącznie żeńskiej publiki koreańskich dram, zdobywała uznanie wśród najbardziej sceptycznych widzów m.in. w Japonii, Chinach czy Tajwanie.  Na pewnym blogu w Anglii rozpoczęto nawet kampanię pt. „Show DJG on BBC”  (http://showdjgonbbc.blogspot.com/) domagając się emisji programu.

Miejsca gdzie kręcono dramę stały się bardzo popularne wśród turystów. 
Na zdjęciach: Pałac Changdeokgung, Pałac Hwaseong Haenggung oraz ludowa wioska Jeju. 
Więcej informacji: Filming Locations of Daejanggeum.

   DJG to nie tylko przykład niespotykanego ogólnoświatowego  zainteresowania produkcją telewizyjną w wymiarze czysto hobbystycznym. To także przykład na to, jak tego typu produkcja może służyć jako narzędzie marketingowe. Fanom dramy nie wystarczyło już jedynie jej oglądanie, chcieli dowiedzieć się więcej o kraju, który jest w niej przedstawiony, najlepiej osobiście go odwiedzić, przejąć styl życia (w tym w dużej mierze nawyki żywieniowe) przedstawiany na ekranie, oraz być posiadaczem czegoś koreańskiego. Spowodowało to niezwykłe ożywienie ruchu turystycznego w Korei oraz wzrost zainteresowania tamtejszymi produktami. Koreańskie marki zaczęły szturmem zdobywać zagraniczne rynki, czy chodziło o technologię, przemysł kosmetyczny lub restauracje, wyrastające jak grzyby po deszczu w wielu miastach na całym świecie. Nawet teraz gdy wpiszemy w wyszukiwarkę: Dae Jang Geum Restaurant pojawi nam się ogromna ilość miejsc serwujących koreańskie dania. Sondaż przeprowadzony przez Narodową Organizację Turystyczną (KTI) wykazał, że 6 na 10 osób przybyło do kraju dzięki owej Fali. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom turystów, przewidując równocześnie możliwość dużych zysków zaczęto promować miejsca w których kręcono dramy takie jak: Winter Sonata i DJG. Powstał nawet park tematyczny (Dae Jang Geum Theme Park ) mający sprawić, że przybywający turyści jeszcze lepiej wczują się w klimat epoki, którą przedstawia ich ulubiona drama.

Koreańskie produkty związane (choć nie tylko takie) z dramą stały się bardzo pożądanym towarem.   
Jewel In The Palace Cooking Recipe, którą można zakupić na stronie: yesasia.com

   Jedna z japońskich fanek powiedziała, że dzięki niej wreszcie wyraźnie dostrzegła wzajemne kulturowe powiązania między swoją ojczyzną a Koreą i zobaczyła jak poszczególne wpływy z Chin, przez półwysep docierały do Japonii. Przez owo zainteresowanie obcą kulturą w Chinach i Tajwanie ograniczono ilość odcinków w godzinach największej oglądalności. Reżyser DJG Byung-Hoon Lee  zapytany co o tym sądzi odpowiedział, że zupełnie się temu nie dziwi, bowiem sam widząc ilość popkultury przybywającej zza granicy, postanowił nakręcić dramę, która przypomni Koreańczykom o ich bogatej historii i tradycji.


 Rozprzestrzenianie się KF. pic

   Drama pokazała światu bogatą kulturę koreańską wzbudzając powszechny podziw i ciekawość. Żadna inna produkcja tego typu do tej pory jej nie pobiła. Jest zdecydowanie dłuższa niż inne znane nam dziś powszechnie (Choć trudno tak na prawdę dojść ile tych odcinków faktycznie było. Na stronach podawane jest zwykle 54, na DramaCrazy mamy 70 bodajże, a w jeszcze innym miejscu przeczytałam, że w Chicago było emitowanych 60. Nie mam już pojęcia jak jest faktycznie), lecz ten fakt nie wyszedł jej bynajmniej na złe. Ciągle znana jako dramowy klasyk, który jako pierwszy objawił światu możliwości Koreańczyków.



Onara- OST


Materiały:
- Contemporary Korea No.1- The Korean Wave: A new pop culture phenomenon, 2011

11.08.2012.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Koreańska Fala ( 한류-Hallyu) : Gdzie właściwie miała swój początek?


   Na początku powiem tylko, że kiedy patrzę ile tego jest i za jak bardzo złożony problem się zabrałam, to zaczynam myśleć, że jestem szalona. Ale stwierdziłam, że choć Korea zyskuje w naszym kraju coraz większą popularność, ciągle niewiele wiemy ani o początkach owego zainteresowania, ani dlaczego właściwie świat tak zapatrzył się na tą twórczość. W dodatku samo określenie Koreańska Fala nie widnieje nawet w polskiej Wikipedii- a jak czegoś tam nie ma, to bardzo prawdopodobne, że nie istnieje :P. Jak do tej pory artykuł o niej pojawił się w pewnym numerze Wprost (bodajże trzecim tegorocznym) i oczywiście jakieś wzmianki w niezgłębionej przestrzeni internetu. 
   Żeby jednak opowiedzieć Wam nieco o tym zjawisku, myszkuję po stronach anglojęzycznych, szukając jakichś konkretnych informacji na ten temat. A że z obcym językiem różnie jest, pewnie opisanie szerzej problemu trochę mi zajmie, więc dzisiaj mała cząstka, tak na początek.
 ...


   Kto choć raz nie zainteresował się czymś pochodzącym z dalekiej Azji? Zwykle jednak nasza uwaga skupiała się czy to na Chinach: starożytna cywilizacja, bogata  kultura i sztuka, waleczni wojownicy-o których nagrało się tyle filmów, niesamowite stroje... długo by wymieniać. Z drugiej strony na Japonii, która zarówno potrafi zauroczyć swoją bogatą historyczną tradycją, jak i niespotykanymi nigdzie indziej nowinkami, zarówno ze świata techniki, architektury czy kultury-tomy przeczytanej mangi, tysiące obejrzanych odcinków anime, specyficzne subkultury spod znaku kawaii... Tutaj czujemy się dość pewnie. Jednak kiedy ktoś wspomina o Korei, wielu przeciętnych śmiertelników rozkłada  bezradnie ręce-choć obecnie sytuacja zmienia się dość znacząco za sprawą internetu: koreańska muzyka, dramy i filmy podbijają świat. I mogło by się wydawać, że dzieje się to za sprawą zespołów takich jak Big Bang, Girls Generation czy Super Junior, jednak gdy przyjrzymy się sytuacji nieco bliżej, zobaczymy, że nie jest to pierwotna fala jaka rozeszła się po świecie. By zobaczyć jej prawdziwe oblicze musimy cofnąć się do Chin końca lat 90'tych tam bowiem określenie Koreańska Fala wzięło swój początek.
   Choć na wstępie powiedzieć trzeba, że Korea przez długi czas w sprawach kultury była raczej bierna. Po wojnie koreańskiej, która miała miejsce na półwyspie w latach 1950-1953 i innych zawirowaniach dziejowych, kraj całą energię przeznaczył na odbudowę, starając się jednocześnie dogonić rozwinięte państwa. Nie trudno więc zrozumieć, że kultura, choć oczywiście ważna, nie była w tym momencie priorytetem. W tym czasie koreańskie media zapełniły się muzyką artystów zagranicznych. Szczególnie, że wiele wpływów zachodniej popkultury przynieśli ze sobą już żołnierze amerykańscy sprzymierzeni z Południem w czasie wojny. Od lat 80-tych można zauważyć rozwój życia kulturalnego, jednak nadal są to głównie produkcje zagraniczne. Prawdziwy odwrót od tych tendencji nastąpił w połowie lat 90-tych, kiedy to koreańska muzyka i filmy zepchnęły w kąt królującą do tej pory muzykę z importu. 

What is love, emitowana w Chinach w 1997 roku, podbiła serca 
publiczności (pic)



Wish upon the stars pic


   Pierwsi twórczością koreańską zachwycili się Chińczycy. Tam bowiem w 1997 roku telewizja CCTV wyemitowała dramę What is Love, która w zabawny sposób pokazuje historię konfrontacji kobiety i mężczyzny pochodzących z rodzin, którym przewodziły zupełnie odmienne wartości. Drama osiągnęła oglądalność 15%, co uprasowało ją na drugim miejscu jeśli chodzi o zagraniczne programy. Styl życia współczesnych Koreańczyków i ukazanie silnych jednostek idących za własnymi przekonaniami (wiadomo, że w państwach socjalistycznych akcent kładziony jest zdecydowanie na „jednakowość”) zachwyciły publikę. W 1999 roku podobny sukces na rynku Chin i Hong Kongu odniosła drama A wish upon the star,  tutaj szczególną sympatię zaskarbił sobie aktor Ahn Jae-wook. Powoli zaczęła pojawiać się również muzyka: Clon, H.O.T., NRG, Baby V.O.X. i S.E.S., szturmująca rynki m.in. Chin, Hong Kongu i Tajwanu (Osobiście... gdy tego słucham czuję się jakby mnie ktoś włożył do wehikułu czasu i wysłał w sam środek lat 90-tych w Europie- to samo tanie disco. I patrząc na to jak obecnie różni się k-pop od twórczości artystów zagranicznych, w dawnych 'hitach' nie widzę mocnych kontrastów). Okazało się, że kultura bardziej przyczyniła się do ocieplenia się stosunków między krajami, niż przez pół wieku zdołano zdziałać za sprawą dyplomacji.
   Następnie Fala dotarła do Japonii, gdzie publiczność pokochała dramę Winter sonata, wyemitowaną w roku 2003 w NHK TV (potem kilkakrotnie wznawianą). Aktorzy grający główne role (Bae Yong-joon, Choi Ji-woo, Park Yong-ha,) nagle zyskali niezwykły rozgłos. Fenomen tej produkcji zaczęto w końcu określać jako:  Syndrom Yon-sama, Społeczny fenomen Yon-sama, Religia Yon-sama. A kiedy okazało się, że jeden z odcinków nie zostanie wyemitowany, bo telewizja nadawać będzie relację z wizyty japońskiego premiera w Korei Północnej, do stacji wydzwaniać zaczęli zbulwersowani widzowie, pragnący wyrazić zdecydowane niezadowolenie z takiego obrotu sprawy. Drama w niezwykle delikatny sposób pokazywała historię miłości, co grało oczywiście na emocjach kobiet (szczególnie w średnim wieku) żyjących w społeczeństwie, które jest zdecydowanie powściągliwe w okazywaniu uczuć.  Po raz kolejny okazało się, że jedna produkcja telewizyjna nagle zmienia patrzenie na jakiś naród. Japończycy zaczęli coraz życzliwiej postrzegać Koreańczyków, a miejsca pokazywane w dramie stały się upragnionym celem wakacyjnej podróży.

Winter Sonata w 2003 roku zaskarbiła sobie sympatię Japończyków (pic)
...
   Całą resztę świata zostawiłam sobie na później. Podobnie jak 'neo-falę', którą obserwujemy obecnie oraz wszelkie blaski i cienie tego fenomenu. Jeśli coś jest nie do końca tak jak napisałam, liczę na pomoc Czytelników, jak na ten moment w temacie raczkuję, więc za wszelkie wskazówki będę bardzo wdzięczna.



Materiały:
- Contemporary Korea No.1- The Korean Wave: A new pop culture phenomenon, 2011
- Mark Ravina, Conceptualizing the Korean Wave, 2009, http://www.uky.edu/Centers/Asia/SECAAS/Seras/2009/SERAS_2009.pdf ,

03.08.2012.

Super Junior- nowa płyta. Konfrontacja.

    Czas kiedy się szyje, lub maluje to najlepszy moment, by zapoznawać się z twórczością jakiegoś zespołu, bądź jakąś nową płytą. Można też w sumie po raz setny obejrzeć Przyjaciół. Dziś jednak postanowiłam jednak wybrać pierwszą możliwość i ochoczo włączyłam ostatnią płytę Super Junior.
   W zasadzie Sexy, Free and Single już widziałam. I szczerze powiedziawszy przez pierwsze... pięć odsłuchań nie cierpiałam tej piosenki. Zastanawiacie się pewnie, dlaczego więc słuchałam jej pięć razy, no cóż zawsze się samemu słucha, potem prawdopodobnie jeszcze EYK wrzuci, a jeszcze u kogoś na blogu znów się pojawi. Potem jeszcze raz sprawdzasz, czy ci nie przeszło. I cóż trochę się tego nazbiera. Z góry stwierdziłam, że piosenka nie sprawia wrażenia zbyt górnolotnej, umówmy się. Zresztą owe kołnierze hańby w teledysku też człowieka nie podbudowują. Ale potem zaczynasz się w ów beat powoli wdrażać i okazuje się, że całkiem fajnie się przy tym szyje... ostatnio też zamiatałam. A dziś postanowiłam zaglądnąć na tekst.  Muszę przyznać, że patrząc na zwrotki bez problemu możemy zauważyć całkiem mądry przekaz i nagle pojawia się to: Sexy, Free and Single, I'm ready to, bingo... i moja granica rozumienia nagle się kończy. Choć z drugiej strony mogę w pewien sposób po omacku tłumaczyć sobie, że SJ śpiewając o końcu trudnych czasów (zerwaniu z jędzowatą dziewczyną:P) wreszcie są wolni i gotowi, by zdobywać świat. No dobra, ale to sexy dalej mnie nie przekonuje.


   Siadając do pracy postanowiłam jednak zapoznać się z resztą płyty. Szczerze ballady niespecjalnie do mnie przemówiły. Cały czas kojarzyły mi się z jakąś łzawą dramą i widziałam w głowie wizualizacje: ona płacze, on biegnie, albo on płacze, ona odchodzi z innym. No nieważne, nic miłego. Jedynie chyba Daydream (tekst) jakoś strawiłam, odrobinę. Może na resztę też przyjdzie czas...



   Natomiast teraz chcę przejść do dwóch utworów, które uważam za najlepsze. Jak tylko usłyszałam wojowniczy rytm Gulliver'a (tekst) zostałam całkowicie porwana. Połączenie rapowanych zwrotek i wokalu w refrenie, rezygnacja z mocnej elektroniki na rzecz rytmicznych beat'ów i odgłosów, które mnie osobiście kojarzą się z jakąś dziczą, dżunglą sama nie wiem czym... łopatą, którą kopie się żwirowe podłoże... ??? :P W każdym razie buja, oj buja. I wspomnienie o włosach na nodze- epickie.



   I na koniec moja nuta nr 1- Buterrfly (tekst). Pierwsze sekundy wywołują lekkie wrażenie lat 80'tych. Ppappiyong ppi ppappappappiyong! Dubstep'owa (taak... poprawiaj mnie na "Dubeltową") wstawką gdzieś pośrodku. I nogi same rwą się do tańca i niestety ręce też, a kiedy trzymasz w niej igłę, musisz być świadomy, że zamiast w szytej właśnie koszuli wyląduje, w którymś z palców. I dłonie coraz bardziej będą wyglądać jakby właśnie opuściły straszliwą maszynę tortur rodem z dynastii Qin, czy innej.




...

   Uf... musiałam jakoś odreagować chwile grozy, kiedy to nagle wszystkie zdjęcia zmieniły się w czarne plamy... tak to jest kiedy się grzebie w ustawieniach nie znając konsekwencji...
    Let it Boom i dobrej nocy :)

24.07.2012.