Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Korea. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Korea. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 maja 2015

Jaehyo Lee

Jestem przykładem typowego estety, może dlatego nie pałam wielką miłością do sztuki współczesnej. Bebechy, plastikowe kubły i chęć zaszokowania odbiorcy nie robią na mnie specjalnego wrażenia. W sztuce nadal szukam odrobiny piękna, zachwytu i niekonwencjonalnych rozwiązań. Jeśli znajdę jakiegoś współczesnego artystę, który potrafi wyciągnąć ze mnie chociażby ledwo słyszalne westchnienie zadowolenia jego dzieło zapewne zostanie zachomikowane w pamięci tumblr'a. 
Ostatnimi czasy moją uwagę przykuł Jaehyo Lee. Potrafi on bowiem wykorzystać naturalny materiał, jak chociażby drewno czy kamienie, w sposób całkowicie nowatorski. Jego sztuka przybierająca niejednokrotnie monumentalne formy z jednej strony, przez wzgląd na materiał i organiczną formę, oddaje hołd owej naturalnej sile, z której czerpie inspirację. Z drugiej natomiast ukazuje jej destrukcje. Opalając konary i wbijając w nie gwoździe Lee tworzy dzieła, które dużo bardziej przywodzą na myśl działanie człowieka, zniszczenie i śmierć. Nie można im jednak zarzucić brzydoty, przeciwnie, dzięki swojej formie oraz kontrastowi zwęglonego drewna i połyskującego metalu emanują swoistym pięknem. 







Koreański krótkometrażowy dokument o pracowni Jaehyo Lee.

Pracownia Jaehyo przypomina mi dawne warsztaty czy cechy rzemieślnicze, gdzie kilkuosobowa grupa pracuje nad ostatecznym efektem słuchając zaleceń swego mistrza. 

Więcej o sztuce Jaehyo Lee:

wtorek, 3 czerwca 2014

Koreański maj

 JAKTOJUŻCZERWIEC?!?!?! Tym optymistycznym akcentem rozpoczęłam kolejny miesiąc. Z nieukrywanym przerażeniem spoglądam w przyszłość, a szybkość z jaką upływa mi ostatnio czas jest jeszcze bardziej demotywująca. Ale nie o marności ludzkiego żywota będzie tu dzisiaj mowa. Trochę muzyki, trochę innych koreańskich dziwów. Czas zacząć miesięczne podsumowanie.


AKMU


Cóż. Jak wspominałam już miesiąc temu, AKMU zdobyło moje serce i jakoś tak nawet w maju nie odpuszczało. A skoro nawinął się nowy teledysk, to jak o nim nie wspomnieć.


EXO



Jak do tej pory do wielkich fanów EXO nie należałam. Nadal, zapewne tym stwierdzeniem zaskarbię sobie nienawiść i anatemy u ich fanek, nie mam pojęcia jak mają na imię członkowie zespołu. Zresztą w sumie nie wiem, dlaczego się tłumaczę, nie jest to jakiś wyjątek... Od czasu do czasu wpadłam na któreś z ich  MV, i nie powiem, choreografie zawsze robiły na mnie wrażenie. Nowa płyta trochę mnie do nich zbliżyła.
Promujący ją teledysk Overdose. Hmm.... chyba każdy już zdążył zauważyć zaszczytną rolę jaki pełni w nim ów kapelutek. Zupełnie taki sam jaki kazała mi ubierać mama, kiedy wyjeżdżałam na szkolne wycieczki, by czasem promienie słoneczne zbyt mocno w czaszkę nie przygrzały. Styliści SM się się postarali i mamy ekipę rodem z podstawówki śpiewającą o miłosnym uzależnieniu - nie mam pojęcia co autorzy mieli na myśli. 
Z reszty utworów do gustu całkiem przypadł mi Thunder i Run.




Fromm



Końcem maja powraca Fromm! I to z dwoma teledyskami. K-indie ma się dobrze. Choć utwory przypadły mi do gustu odrobinę mniej niż te sprezentowane w jej ostatnim albumie, to i tak mają w sobie to coś co sprawia, że Fromm po prostu dobrze się słucha. 


Maj to również czas konferencji Into Korea. Wiele ciekawych informacji i nawet udało mi się wygrać książkę. Kolejną w kolejce do-przeczytania-po-magisterce :). 


I na koniec koreańska drama w łubudubu style - jakby ktoś przysnął. Z prezentowanych ostatnio trzech dram You're all surrounded jeszcze całkiem daje radę. New leaf znudził mnie rozprawami do tego stopnia, że mam już chyba dwutygodniową zaległość. A Doctor stranger... jest bardzo specyficzny, choć nadal, skwapliwie trzymam się tygodniowej rozpiski.



piątek, 9 maja 2014

A New Leaf / Doctor Stranger / You're All Surrounded

Trzy typy. Najwyżej sześć odcinków tygodniowo. Nie jest źle. Zobaczymy ile się utrzyma. Jak na razie szczególnie wciągnęły mnie Doctor Stranger i You're All Surrounded. Z jednej strony doktor geniusz z Korei Północnej, z drugiej sprawa morderstwa z przeszłości i czwórka policyjnych rekrutów, którzy pewnie jeszcze wiele nabroją, zanim się nauczą być policjantami.

pic
A new leaf / 개과천선 

Bardzo lubię Kim Myung Min w rolach gości o skrajnie ciężkim charakterze. Choć drama jest prawnicza, stwierdziłam, że spróbuję. 
Kim Seok-Joo jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych prawników w Korei. I nie można powiedzieć, że jest to dobra sława. Zwykle broni tych, którzy są w stanie słono zapłacić za jego usługi. A prawnikiem jest dobrym, bo potrafi udowodnić niewinność tych, którzy zawsze mają coś za uszami. Żeby było zabawniej, jego ojciec również był prawnikiem, lecz on w przeciwieństwie do syna... walczył o prawa uciśnionych.
Jednak pewnego dnia na głowę naszego złego pana prawnika spada coś na tyle ciężkiego, że powoduje amnezję. A wraz z nią budzi się w nim chęć do walki o prawa człowieka. Darth Vader koreańskiego świadka prawniczego chce przejść na jasną stronę mocy. Nikt się tego nie spodziewał.
Przyznam, że z jednej strony drama mnie intryguje. Z drugiej stwierdzam, że sprawa sądowa, o którą było tyle zachodu w odcinkach 3 i 4, przemknęła w mojej świadomości zupełnie niezanotowana, by nie powiedzieć, że byłam nią lekko znudzona. Jednak przez wzgląd na Kim Myung Min spróbuję sprawdzić jak będzie się rozwijała akcja.





                                                            
pic
Doctor Stranger / 닥터 이방인 

Najkrócej mówiąc kardiolog ratuje półwysep przed drugą wojną koreańską. Sam niestety kończy dość tragicznie. 
W Północnej Korei serce Kima nie ma się najlepiej, dlatego też wojska amerykańskie liczą na jego  rychłe zejście z tego świata, by móc zaatakować. Na Południu tymczasem Jang Seok Joo, przyszły minister, rozumując perspektywicznie stwierdza, iż wyśle najlepszego chirurga w kraju do Pjongjangu, by przeprowadził operacje dzięki czemu Kim przeżyje, a Amerykanie nie będą mieli powodu, by zaatakować.
Kim żyje, konfliktu nie ma, wszyscy szczęśliwi. No nie do końca, bo moment przekroczenie granicy z Północą jest dla Park Cheol i jego syna wyrokiem śmierci, wydanym zresztą przez ich 'przyjaciela' z Południa... przecież Korea może mieć tylko jednego bohatera. Koreańczycy z Północy ignorują jednak rozkaz zabójstwa i pozwalają rodzinie Park mieszkać w Pjongjangu. Dwadzieścia lat później syn Parka również zostaje lekarzem. Po różnych zrządzeniach losu w końcu ląduje w Budapeszcie, z którego ostatecznie udaje mu się uciec. Totalny kosmos. 
Pierwsze odcinki dostarczają mnóstwa zabawy. Jak wiadomo rozwinięcie akcji nie jest rzeczą najłatwiejszą, tym bardziej ulokowanie bohaterów w Korei Północnej oraz ich odbicie z rąk komunistów, więc mamy lekkie oscylowanie między dramatem, a idyllicznym podejściem do tematu... przecież nie może być za ciężko. A Budapeszt, ulubione europejskie miasto producentów dram, to już w ogóle jazda na całego. Pościg nie miał sobie równych, szczególnie wjazd po schodach.... Whaaaat? WHAT?! Ale bardzo lubię Budapeszt, piękne miasto. Tylko to wzgórze zamkowe, które pojawia się chyba w każdym pościgu, w każdej dramie jaką widziałam w tej scenerii... Wpadlibyście na to, by uciekać przez Wawel przed agentami Korei Północnej? Ja chyba nie. 
Poza tym stwierdzam, że Song Jae-Hee, narzeczona młodego Parka powinna dostać tytuł najbardziej umęczonej postaci w historii dramy. A to dopiero dwa odcinki! Najpierw trafiła do obozu (jej ojciec podpadł władzy), potem przeprowadzili jej operację, de facto miała jej nie przeżyć. Ale przeżyła, dlatego wysłali ją razem z młodym geniuszem kardiochirurgi do Budapesztu, gdzie podczas próby ucieczki Park zatrzymuje jej serce na pięć minut. Po czym w trakcie pościgu zostaje postrzelona i wpada do Dunaju. Ostatecznie na końcu drugiego odcinka dowiadujemy się, że jest w obozie pracy w Korei Północnej... Ja rozumiem, że to się rozgrywało na przestrzeni chyba pięciu lat... ale... bez przesady.
Park tymczasem, żyje sobie na Południu. Ma swój własny gabinecik, w którym przyjmuje mafiozów, którzy z wiadomych względów nie mogą pójść do normalnego szpitala. Ciągle szuka swojej narzeczonej, ale widać, że żyje bez sprecyzowanego celu. Jestem ciekawa co z tego wyniknie, raczej nie przepadam za dramami medycznymi, w tym przypadku jednak robię wyjątek.


pic
You're All Surrounded  / 너희들은 포위됐다

Czwórka nieopierzonych rekrutów na posterunku w Gangnam równa się totalna rozpierducha. A opiekun tej uroczej zgrai co najmniej trzy razy w każdym odcinku udziela im reprymendy i oświadcza, że muszą rezygnować dla wspólnego dobra.
Ale... żeby nie było za łatwo, wszystko zaczyna się lata wcześniej. W naszej grupie świeżaków jest bowiem Eun Dae-Koo, którego matka zginęła jedenaście lat temu. Była świadkiem morderstwa, jednak przez wzgląd na groźby nie chciała zeznawać. Namówił ją do tego policjant Seo Pan-Seo, zapewniając opiekę (obecnie jest on opiekunem owego F4 koreańskiej policji). Dae Ko stwierdza, że jest on odpowiedzialny, nie tylko pośrednio, za śmierć jego matki. Wkręca się w środowisko, by mieć go na oku. Pan Seo tymczasem nie wie z kim ma do czynienia. Śmierć matki Dae Ko była dla niego ciężkim przeżyciem, z którego nawet po latach nie może się otrząsnąć. Do tego wszystkiego partnerką Dae Ko jest jego koleżanka ze szkoły, jednak i ona nie rozpoznaje swojego znajomego z przeszłości.
Po pierwsze: bardzo dobrze wspominam Lee Seung-Gi z MGIG. Po drugie: całkiem sympatyczna ta paczka. Po trzecie: intryguje mnie rozwój akcji i osoba, która 'pomaga' Dae Ko w rozwikłaniu sprawy. Po czwarte: zaplusowali OST w pierwszym odcinku. Potem pewnie będzie jak zawsze, ale mimo wszystko:





sobota, 3 maja 2014

3 Days - 쓰리데이즈

pic
Ciemne interesy, tragedia z przeszłości, zamieszany w to wszystko prezydent Korei Południowej, który teraz chce naprawić popełnione kiedyś błędy. Pomaga mu w tym nie kto inny jak Han Tae Kyung, jeden z członków ochrony Błękitnego Domu. Drama rozpoczyna się w momencie kiedy ginie ojciec Tae Kyung'a, a prezydent w tajemniczych okolicznościach znika z terenu swojej willi. Cała historia oscyluje więc wokół: najpierw odnalezienia zaginionego prezydenta, wyjaśnienia tragedii z przeszłości i ukaraniu winnych oraz ochronienia głowy państwa przed kolejnym zamachem. 
Nie ma co ukrywać, 3 Days jest dramą, która dość łapczywie korzysta z utartych schematów. Akcja się rozwija, pojawiają się kolejne dowody, nowi świadkowie i w momencie kiedy 'ci dobrzy' chcą się skontaktować z taki jegomościem, on albo ginie wypadku, albo ktoś w tłumie poderżnie mu gardło, albo popełni samobójstwo. I wracamy do punktu wyjścia. Wiecie taki obrót akcji jest ok, jak się go zastosuje raz, może dwa, na wszystkie odcinki. Ale przy piątym razie już chce nam się płakać nad niemocą scenarzystów. To jest tak przewidywalne, że aż bolesne. To chyba pierwsza drama z tak wysokim współczynnikiem ofiar, które zeszły z tego świata z wg owego schematu.
Innym dość typowym zagraniem scenarzystów jest zakręcenie widzem tak, by nie wiedział, kto właściwie jest po dobrej stronie, a kto jest zdrajcą. No nie da się... W sumie moje dwa typy, które na wstępie uznałam za podejrzane, okazały się najbardziej w porządku. Chyba jestem jednak złym obserwatorem... Choć w trakcie powtarzałam westchnienia typu: serio? no bez kitu! Obejrzałam dramę do końca i nie miałam po drodze szczerej chęci rzucenia jej w cholerę. Podejrzewam, że dla starych wyjadaczy może być ona nie do przejścia, ale fanką Mickiego brak logiki nie powinien zbytnio przeszkadzać. W międzyczasie doczytałam, że wcześniejszą produkcją scenarzysty 3D był m.in. Ghost, więc jeśli po coś sięgać to zdecydowanie po Ghost'a (A ja zastanawiałam się co mi przypomina 3D, teraz wszystko jasne. Fabuła inna, ale zagrania identyczne). I na tle ostatnich hiciorów SBS (no może z wyjątkiem Heirsów) wypada ona nieco blado.

Czyli opiekuńczy tatuś z Heirsów jest tutaj psycho terrorystą?

Jeśli o mnie chodzi wykazuję ponadprzeciętna wytrzymałość w dramach sensacyjnych, to wiadomo nie od dziś. Dodatkowym ich atutem jest to, że panowie biegają odziani w garnitury  i mają naturalny kolor włosów - zero landrynek. A to, że brakuje im logiki (dramom, nie panom :P) - Panie! Takie rzeczy w każdej dramie.


Podobał mi się też sposób ukazania relacji Tae Kyung'a i Yoon Bo Won (pani posterunkowy*, która pierwsza przybyła na miejsce wypadku ojca TK i poddała w wątpliwość zaśnięcie podczas jazdy). Niby coś tam jest, ale nic nie jest powiedziane wprost. Tylko TK zawsze jak poparzony leci na ratunek, jak ktoś chce wysadzić czy przestrzelić BW. Zresztą mam słabość do takich nieboraków, którzy potrafią wygrać w walce pięć na jednego, udaremnić zamach terrorystyczny i zachować przy tym zimną krew, a jak przyjdzie co do czego to się jąka jak pierwszoklasista...*

Spoiler time:
Tych co dramy nie widzieli przepraszam, ale po prostu muszę wyrazić swoje oburzenie. Mamy świadka koronnego tak? Mamy konferencję, nagle gasną światła i co... dziesięciu biegnie z prezydentem, a świadka KORONNEGO zostawiają samemu sobie, by im go wrogowie sprzątnęli? To było chyba największe 'SERIO?!' w ciągu całej dramy. I sprzątnęli - zrzucili z opuszczonego budynku. Yep. Nie to, by świadek nie był przy okazji byłym generałem Północy - człowieku zapomniałeś jak wygląda samoobrona? To był ten moment kiedy zastanawiałam się co jest nie tak ze scenarzystą. 
Druga sprawa. Nie spodziewałam się, że przedostatni odcinek będzie tak krwawy. Wręcz trup ściele się gęsto. Miałam wrażenie, że po tym całym wcześniejszym majdanie, ostateczne starcie będzie bardziej pro forma.  Tymczasem pomysł był inny, przecież jeszcze wielu bodyguardów pozostało przy życiu...

* Kobiety kontra nazwy zawodów. I wiadomo w czym nas niegdyś nie chciano :P Poza tym słowo 'posterunkowy' zawsze będzie przywodziło mi na myśl Rodzinę Zastępczą.
* Mój ulubieniec - Władek z Czasu Honoru :P


czwartek, 1 maja 2014

Koreański kwiecień

 AKMU

Krótko, zwięźle i na temat. Czyli kwiecień, który dla mnie pod względem muzycznym ma jeden główny typ - AKMU. Do czasu kiedy zobaczyłam pierwsze zapowiedzi, zupełnie ich nie znałam. A jak już je ujrzałam to się zachwyciłam. Nie wiem czy ze względu na ich piękne głosy, czy gitarowe dźwięki, czy fakt, że ani ich muzyka, ani wizerunek nie pasują mi zbytnio do YG. W każdym razie, dla mnie są powiewem świeżości w cały ten elektroniczno-błyskotliwy kpopowy majdan. Nie to bym go nie lubiła... tylko czasem mam go dość ;)


W Melted zakochałam się w momencie, oglądając pierwszą, koncertową wersję.

Block B (블락비)

Co by nie było tak monotematycznie jeszcze Block B. Piosenka, która za pierwszym razem podeszła mi średnio (Prawdopodobnie, przez to, że jak dla mnie, jest jedną z tych popularnych ostatnio 'sklejek', w których kilkakrotnie zmienia się rytmika i melodia - refren tak średnio pasuje do reszty), dopiero po którymś odsłuchaniu lalala bardzo mocno wryło się w świadomość. Teledysk jak zawsze pół żartem, pół serio. Mamy cyrk i clowny (wstrętne, okropne clowny... ten kto je wymyślił chyba chciał zrobić dzieciom na złość i wzbudzić w nich koszmary), zagubiona niewiastę (prawdopodobnie padłabym na zawał, gdybym wylądowała w cyrku z taką bandą :P), panie, które najwyraźniej zwiały z Hawajów i oczywiście ekipę Block B, którą jak zwykle trudno ogarnąć. Pierwsze skrzypce gra w tym MV P.O. wraz ze swoimi fioletowymi włosami, wyglądając w niektórych momentach, jak ajumma wyrwana z lat czterdziestych.





wtorek, 22 kwietnia 2014

My Love From The Star - 별에서 온 그대

pic
 Niespecjalnie miałam ochotę, by zaczynać jakąkolwiek dramę - dobrze znam zgubne skutki tego procederu. Ale jak już przyszło co do czego, to wybrałam tytuł, wokół którego ostatnimi czasy było trochę fermentu. Ponadto osobiście namawiała mnie do niego koleżanka. Stwierdziłam: a co mi tam, zobaczę. I już od pierwszych minut Kochaś z kosmosu wciągnął mnie totalnie. Cóż, widok UFO unoszącego się nad wioską z czasów Joseon, zrobił na mnie spore wrażenie. A potem było już tylko... dziwniej. Jeszcze nie za bardzo wiedząc, wokół jakich motywów będzie toczyć się drama, przewidywałam, że pod koniec będzie nie do zniesienia pod względem dramatyzmu, ilości wylanych łez i wszystkich innych złych rzeczy na jakie zwykle choruje w końcówce drama natury romantycznej. Jednak, uwaga, nie było najgorzej pod tym względem (a może tak dobrze przygotowałam się psychicznie na tragedię, że straciłam rozeznanie?) i gdyby nie wydłużenie o jeden odcinek, to uznałabym ją za najlepiej rozwiązaną pod względem hmmm... 'emocjonalnym'. Bo pod względem logicznym, jak zawsze, im dalej w las tym więcej drzew. Finał... cóż scenarzyści chyba nie do końca mieli pomysł jak to ogarnąć.

 W początkowej fazie oglądania myślałam, że będzie to po prostu ('po prostu' :P) drama o kosmicie, gwieździe (tyle że medialnej) i ich wielkiej, międzygalaktycznej, miłości. Tymczasem okazało się, iż mamy tu do czynienia nie tylko z problemami egzystencjalnymi kosmity, z 400-letnim stażem na naszej planecie, ale również z celebrytami, których chlebem powszednim są skandale i leki przeciwdepresyjne (nie zapominajmy tu o  paparazzich, których ulubionym miejscem spożywania posiłku jest wycieraczka przed drzwiami ofiary), trudnymi relacjami rodzinnymi głównej bohaterki oraz... zabójcą, który w pewnym momencie łapie się na tym, że liczba osób do wyeliminowania dość szybko i niespodziewanie mu się powiększyła, podczas gdy on jedynie chciał zostać weterynarzem. Ostatecznie do tej całej osobliwej gromady dołącza jeszcze pan prokurator, który na pewno sprawdzi każdą CCTV w promieniu 20 km.

Mulder, Scully. Potrzebujemy pomocy.


Na pierwszy rzut Kochaś oscyluje nieco między Rooftop Prince, I hear your voice a... Supermanem. Z tym, że główna bohaterka jest zdecydowanie bardziej wkurzająca niż panie we wspomnianych wcześniej dramach. Przynajmniej na początku. Jest typową zadufaną w sobie gwiazdą, która nie musi się zbytnio starać ani o sympatię, ani o siłę przekonywania, w przypadku jej gry aktorskiej, bo jest na tyle sławna, że wszyscy i tak będą zabiegać o jej względy, jednocześnie czekając z niecierpliwością na moment, w którym podwinie jej się noga. Z czasem mamy jednak okazję poznać jej bardziej ludzkie oblicze - to zdecydowanie bardziej znośne. Nasz kosmita tymczasem jest typem gościa z jedną miną (wybacz So Ji Sub - już nie powiem złego słowa na temat twojej postaci w Ghost). Zero emocji, do czasu aż nagle w pewnym odcinku wybucha płaczem. Rozumiem, że przez wzgląd na czasowy pobyt na Ziemi nie chce się angażować w bliższe relacje między ludzkie, przez co w efekcie nie radzi sobie z wyrażaniem uczuć, ale mimo wszystko... grrr... Nadrabia za to: zatrzymaniem własnymi rękami samochodu nad brzegiem klifu, lewitowaniem wroga z dachu wieżowca i teleportacją do cudzych mieszkań po pijaku. Warte zobaczenia.


O ile kosmita, był trochę ciężkostrawny jako postać, nie można mu odmówić wyczucia stylu. Nawet golfy, których nienawidzę szczerze, leżały na nim całkiem nieźle. Za to jego teściowa... hoho! Kim Tan spadł z piedestału najgorzej ubranej persony w historii najnowszej k-dramy. "Odcięty' golf i różowo-puchata kurtka o mało nie doprowadziły mnie do zawału. Pytam się: co stylista miał na myśli?

Pomimo wszelkich merytorycznych nieścisłości w scenariuszu i odrobiny braku logiki w niektórych momentach, kilku naprawdę irytujących postaci i stylizacji rodem z koszmaru, Kochasia uznać mogę za jedną z lepszych dram jakie ostatnio oglądałam. Cieszę się, że zabrałam się za nią już po emisji antenowej, bo przetrwanie tygodnia do kolejnego odcinka byłoby baaardzo trudne. Jak ktoś lubił, którąś ze wspomnianych powyżej dram powinien spróbować z tą pozycją.


Huh Gak (허각) - Tears Fallin' Like Today (오늘 같은 눈물이) by Ya_bokbok

piątek, 18 kwietnia 2014

Koreański marzec

Wraz z noworocznymi postanowieniami pojawiło się również i to, czyli miesięczne podsumowanie koreańskich muzycznych nowości. Do długich recenzji nie mam zdolności, więc pomyślałam, że ta forma będzie idealna. 
Tymczasem. Przyszedł styczeń... potem luty... i totalnie nic. Jakby jakaś czarna dziura wessała wszystko. Od momentu, w którym zaczęłam interesować się Azją, jeszcze takiego zastoju w temacie nie miałam. Jednak nastała wiosna i okazuje się, że życie wraca do koreańskiego przemysłu muzycznego. W tym miesiącu chciałam jednak zacząć od dwóch trochę starszych pozycji, które całkowicie zdobyły moje względy, a potem przejdę do tego co pojawiło się w marcu. Zaczynamy. 

Yiruma


To jedno z tych odkryć, których dokonujesz przypadkowo, gdy przypominasz sobie o jakimś dawno niesłuchanym artyście i odkrywasz, że ma nowe konto na YT (w dodatku już nie tak całkiem nowe!) i jest tam pełno jeszcze niesłuchanej przez ciebie muzyki. Coś pięknego. Yirumę wiele osób kojarzyć powinno z utworu River flows in you, który swego czasu królował na fejsbukowej tablicy większości znajomych i rozpalał do czerwoności moje głośniki. A ostatnio usłyszałam go w jednym z odcinków Sly and Single Again i postanowiłam sprawdzić co u Yirumy słychać. I okazuje się, że całkiem sporo. I pięknie. Fortepian zdominował cały wieczór. Szczególnie: Reminiscent i Falling in love

Fromm 


Saundtrackiem pierwszych wiosennych dni roku 2014 zostaje album Arrival. Od jakiegoś czasu nie mogłam znaleźć na koreańskim podwórku muzycznym czegoś, co tak by mnie wkręciło. Początkowo jeszcze bardzo nieśmiało - nooo... całkiem to ok - a potem to już syndrom zapętlenia.

 2NE1


Dara czy ty masz domalowaną grzywkę? CL nie za ciepło ci w tym futrze?
Mam wrażenie, że każdy nowy teledysk, który wypuszcza YG jest pełen absolutnie wszystkiego. Stroje, fryzury, efekty specjalne i świetlne, gadżety, muzyczne wariacje. Wybuchowa mieszanka. I starzeję się chyba, bo powoli zaczyna mnie to męczyć. Dużo przyjemniej zapętla się artystów takich jak np. Fromm, Jaurim czy Roy Kim. Choć od YG się tak łatwo nie uwolnię. Drugi teledysk, który miał ostatnio premierę: Come back home

Girls Generation


Do fanów GG nigdy nie należałam. Mr.Mr. przemknęło niemal niezauważenie. Zainteresowała mnie dopiero wersja taneczna. Lubię oglądać choreografię (no może z wyjątkiem popisów w stylu 4minute). Bez blichtru, w trampkach i wytartych spodniach. Od razu jakoś lepiej mi się to ogląda. Oj, kolejny powód, że się starzeje. MV

Orange Carmel



Trzymałam się dobrze. Żadnej myśli o sushi od pewnego czasu. A tu nagle Orange Carmel wyskakuje z Catalleną i cała terapia na nic. A finanse krzyczą nie. A właściwie śpiewają... w rytmie disco.

Super Junior - M

Co prawda chińskie wydanie. Ale... Siwon z wąsem. Tego jeszcze nie było.


M.I.B


Panowie z M.I.B najwyraźniej usłyszeli, że znaczącym trendem na wiosnę-lato będą pastele. I wyszło pastelowe wcielenie groźnych raperów. I ten durszlak na głowie. Magnetyczne działanie durszlaka odkrywałyśmy pewnej sesji. Tak...  nieprawdopodobna moc.
Nie mam pojęcia na czym polega fenomen, ale zauważyłam, że praktycznie każdy nowy singiel z k-hopów opowiada mniej więcej o tym jaki to wykonawca jest mega i super i w ogóle megasuper i jak nie daje się zgnieść wrogo nastawionej do niego opinii publicznej. Ale chłopcy: "But all the guys wearing BB and lipstick in the VVIP room, piss off..." rzeczywiście, w szczególności Kang Nam, ani śladu makijażu, 100% drwala z lasu. 
Jednak pomimo wszystko i tak zawsze czekam co też następnym razem wymyślą.

Gdzie warto zajrzeć ucząc się języka koreańskiego cz. 2

Kolejny post z serii uczymy się języka koreańskiego. Nie żebym ostatnio zaniedbała go do takiego stopnia, że bardziej się już chyba nie da. Ale pierwsze promienie słońca i błękitne niebo zapowiadające (mam nadzieję) nadchodzącą wiosnę, dodały mi tyle energii i dobrego samopoczucia, że postanowiłam wypowiedzieć walkę moim labom w tym temacie. A że po drodze znalazłam nowe ciekawe pomoce naukowe postanowiłam się nimi podzielić. Poniżej link do tego co było wspomniane wcześniej:


Rozmówki koreańskie - LINGEA: Są po prostu nieprawdopodobne. Chyba pierwszy raz spotykam rozmówki, które by były tak dobrze opracowane, jest w nich wszystko co potrzeba, a nawet i więcej. Znajdziemy w nich m.in. przykłady zdań podzielone tematycznie (np. popularne zwroty, podróż, mieszkanie, wyżywienie itp.), słownik oraz ogólne informacje o języku. Zestaw dość typowy dla przeciętnych rozmówek, ale ilość zawartego w nich materiału jest naprawdę zdumiewająca. Pierwsze wydanie ukazało się w 2013 roku, więc jest to pozycja stosunkowo nowa. Nawet jak ktoś nie uczy się konkretnie koreańskiego, ale jakiegoś innego języka, powinien się z nią zapoznać (nie porównywałam szczerze powiedziawszy innych rodzajów, ale podejrzewam, że zawartość raczej nie będzie się zbytnio różnić). Wiadomo bowiem jak to jest, kiedy zaczynamy przygodę z jakimś nowym językiem. Ile razy próbujemy przekalkować jakiś schemat z polskiego i wychodzą z tego ceregiele, których nie potrafi zrozumieć nikt, łącznie z nami samymi. W tej pozycji znajdziemy wiele przykładów, które ułatwią nam komunikację.


Żeby nie być gołosłownym. Jak już wylądujecie w Korei i zepsuje się Wam samochód będziecie mogli bez problemu poinformować pomoc drogową, że zepsuł Wam się np. rozdzielacz zapłonu, albo tempomat. Ja osobiście nie mam pojęcia, gdzie znajdują się one w samochodzie, ale wiem jak powiedzieć to po koreańsku :P Wiem też jak mówi się prąd stały i zmienny, choć ostatni raz słyszałam to rozróżnienie z ust mojego taty, który jest m.in. elektrykiem. 
I moje ulubione, widoczne zresztą poniżej: Nic z tym nie zrobiłem, Tylko próbowałem włączyć :D Oczywiście. To nie ja! Samo się! Nawet nie dotykałam! + 100 za najbardziej przydatny zwrot ever. 
A! No i transkrypcja jest spolszczona. Ja osobiście nie cierpię każdego rodzaju transkrypcji, bo nigdy nie wiem jak to przeczytać (dajcie mi hangul! :)), a ta polska wygląda już w ogóle niesamowicie.
  

Learn Korean witch GO! Billy Korean - przyznam, że od razu po włączeniu jednego z filmików, myślałam: czy w ogóle warto oglądać, czy będzie w tym coś sensownego. Prowadzący wydał mi się dość... specyficzny. Ale jak już przeszedł do konkretnego materiału stwierdziłam: Tak! To jest to! I rzeczywiście, sporo rzeczy, które do tej pory wydawały mi się odrobinę nieścisłe, i z którymi gdzieś tam miałam problem, nagle okazały się takie oczywiste. Choć przyznam, że zdecydowanie lepiej ogląda mi się to jako powtórkę, już przerobionego materiału niż, jako bazę. Filmiki są krótkie, treściwe, ale jak pojawia się materiał z czymś zupełnie nowym, odrobinę się gubię. Za to do powtórek jest idealne, bo w przeciwieństwie do TTMIK, czas trwania to nie dwadzieścia, a kilka minut, zwykle poniżej pięciu.

Playlista z lekcjami: Learn Korean oraz Korean Phrases

Nic tylko się uczyć ;)
10.03.2014.

Muzyczny niezbędnik na niepogodę: kierunek wschód

Czyli ciepluchne nuty przyjemne dla ucha, będące idealnym soundtrackiem na długie popołudnia. Kiedy najlepszą opcją jest zakopanie się pod kocem po samą szyję, będące oznaką totalnego buntu przeciw wychylaniu nosa za drzwi. Gdzie zimno, szaro i mokro. Okienka między zajęciowe stają są jeszcze bardziej demotywujące.


Like (라이크) - 돌아갈래 (Go Back)
Debiutujący zespół, o którym nie wiem zupełnie nic. Ale znalazł się w czasie wyszukiwania OST do Friend 2. I od tego czasu nie daje mi spokoju.

안녕바다 (Bye Bye Sea) - 고양이를 찾습니다

자우림 (Jaurim) - Dancing star

 
Ok. To trochę song innej maści. Kiedy próbując prześcignąć minusowe temperatury przemierzam ulicę i potrzebuję czegoś co rytmicznie będzie dotrzymywało mi kroku.  Do poduchy podsłuchuję innego utworu z płyty: 스물다섯, 스물하나.

클래지콰이 (Clazziquai Project) - Brown Gold Eyes

Cudowne głosy. Drugim wybrańcem z płyty jest utwór: 꽃잎 같은 먼지가.

Drunken Tiger '살자 The Cure'

 Umówmy się. Nie mogło się obyć bez tego tria.

Urban Zakapa 어반자카파 - Let It Rain

 
Na wieczorne powroty. Choć mówi o deszczowym dniu, idealnie sprawdza się również, gdy śnieg prószy, mieniąc się w blasku latarni. 

Kokia - Hontou no oto 本当の音

Na koniec coś z Japonii. Od tego utworu nie potrafię się uwolnić. Zawsze daje o sobie znać w okolicach grudnia. 

29.11.2013. 

O tym, że dramy potrafią czasem kształcić...

.... noooo, just kidding.

Jednakże w każdej dramie drzemie ziarenko prawdy, lecz jest ono tak dobrze zakamuflowane między brakiem logiki a szeregiem pokrętnych akcji, że przeciętnemu widzowi ten fakt najzwyczajniej w świecie umyka.
Dziś chciałabym ukazać moją ignorancję w dziedzinie wojskowości. Usprawiedliwię się jedynie faktem, że jestem kobietą, i jakoś tak z samej natury mniej nas ta działka pociąga (wiadomo jest różnie - żadnych generalizacji). Choć za lalkami nie przepadałam, to z drugiej strony wszelkie wojny też mnie nie ciągnęły. A i gry komputerowe nie wzbudzały we mnie większego zainteresowania. W każdym razie wyrosłam na ignoranta w dziedzinie militariów.
Miałam jedynie wspomnieć o tym fakcie na Facebooku, bo zaintrygował mnie do tego stopnia. A jakoś tak się stało, że wyszedł z tego wszystkiego post. W dodatku o zupełnie innej formie niż planowałam. Tak to jest, gdy zaczyna się pisać.

Wszystko zaczęło się od tego rysunku:

   
Przyznacie, niesamowita precyzja. Oglądając Gu Family Book statek brałam równie poważnie jak przedstawioną w dramie historię gumiho, który chce zostać człowiekiem. Niespecjalnie zastanawiałam się nad historycznością opowieści fantastycznej, może dlatego budowa statku była dla mnie tylko jednym z tuzina wątków, które zdążyły się pojawić w ciągu 24 odcinków. W momencie jak tylko zakończyłam dramę, wszelkie niewiadome związane ze "statkiem-żółwiem" odeszły w niepamięć. 

Spore było moje zdziwienie, gdy czytając Historię Chin natknęłam się na zdanie:
Szczególnie ciekawe jest posługiwanie się przez Koreańczyków w tych działaniach morskich tzw. "okrętami-żółwiami", które były najprawdopodobniej pierwszymi w dziejach świata opancerzonymi okrętami wojennymi.*
Słowa te pojawiają się w kontekście inwazji Hideyoshi'ego na Koreę w latach 1592-1595.

I nagle dotarło do mnie, że tajemniczy okręt w Gu Family Book, to ma całkiem historyczny rodowód. Z miejsca wygooglałam sprawę i musiałam przyznać, że byłam sporym ignorantem. Już sama Wikipedia ustawiła mnie do pionu dobrze opracowanym hasłem: Turtle ship.

Ów "okręt-żółw" to nic innego jak koreański Geobukseon (거북선)** jest typem okrętu wojennego wykorzystywanym przez koreańską flotę dynastii Joseon. Nazwa wzięła od pokrycia pokładu, które miało formę sześciobocznych płyt, przypominających pancerz żółwia, do których przymocowane były kolce. Pokrywanie płyt warstwą blachy obecnie poddawane jest w wątpliwość, zarówno na dość duże koszta z tym związane, jak na niewielką funkcjonalność tego zabiegu. Ów pancerz chronił marynarzy przed abordażem wrogiej jednostki. W dodatku w dziobie okrętu znajdowała się rzeźbiona głowa smoka, mająca na celu wystraszenie przeciwnika. To działanie psychologiczne wzmagał dodatkowo wydobywający się stamtąd dym, który miał być dodatkowo zmieszany z jakimiś odurzającymi środkami. Generalnie prawdopodobnie pierwszy prototyp pancernika.

Dlaczego właściwie o tym wspominam? 
Po pierwsze okręt z głową smoka na dziobie, w dodatku ziejącą, może nie ogniem, ale dymem, rozbudza wyobraźnię. Zapewne jest to efekt tego, że kiedyś pochłaniałam niezliczoną ilość powieści fantastycznych. No i co jak co, ale w sercu fana Piratów z Karaibów zawsze pozostanie sentyment do złowrogich statków. Dlatego sam fakt istnienia takiego okrętu mnie zaintrygował i zmusił do dalszych poszukiwań.
Po drugie. Data inwazji Hideyoshiego na Koreę będzie prawdopodobnie jedyną jaką zapamiętałam z taka łatwością, po przeczytaniu tego tomiszcza. Wszystko dzięki wtrętowi o "statku-żółwiu". Nauka drogą skojarzeń nie jest jakimś szczególnym odkryciem, ale dla mnie ta sytuacja była kolejnym przyczynkiem do zastanowieniem się jak uczyć się efektywniej i jak pokonać w sobie klątwę internetu, bo o tym jak internet wpływa na nasz mózg wiadomo również nie od dziś (A jak nie do końca, to polecam: Minimal Plan. Tak dla zastanowienia się.). Szczególnie, że mózg pracujący raczej ściśle jest bardzo trudnym przeciwnikiem, kiedy zmusza się go do studiowania nauk humanistycznych. Dlatego też przeczytanie historycznej książki, tak by przyniosło spodziewany efekt (czyli nauczenia się czegoś, a nie jedynie zdobycie pojęcia o czymś), kończy się tym, że czytam i od razu robię notatki. By potem przetrawić to jeszcze raz. I ewentualnie jeszcze raz, ale tak by coś w głowie zostało. Zresztą zawsze łatwiej wrócić po latach do skryptu niż ponownie przedzierać się przez sześćset stron.
Po trzecie. Dramy może faktycznie niekoniecznie kształcą, to jest zadanie książki i oczywiście doświadczenia (ktoś mądry kiedyś powiedział, chcesz się nauczyć, wyjdź z biblioteki i zobacz na własne oczy), ale w moim przeświadczeniu dają pojęcie. Dramy nie przynoszą żadnego większego pożytku. Są raczej niezbyt wyszukaną formą rozrywki, ale oczywiście fundują niesamowicie dużo fun'u. Mnie ponadto dają możliwość osłuchania się z językiem koreańskim. A przez to, że zostałam zmuszona do oglądania ich po angielsku, również w tej kwestii moje umiejętności wzrosły. No i oczywiście dają to wspomniane już wcześniej pojęcie. Bardzo znikome, ale zawsze. Zaintrygowana taką czy inną sytuacją w dramie, takim a nie innym zachowaniem, zwykle zaczynałam szukać, by dowiedzieć się: dlaczego? I mogę być pewna, że gdybym miała się znaleźć w Korei w przyszłości, popełniłabym znacznie mniej gaf i może udałoby mi się nikogo nie obrazić. To jest właśnie zaleta oglądania produkcji pochodzących z krajów odległych kulturowo. Raczej nie można się w nich dopatrzyć prawdziwego obrazu rzeczywistości. Ale sam fakt w jaki sposób są kreowane, już nam nieco naświetla sytuację. Reszta zależy od nas, czy pozostaniemy na tym poziomie, czy będziemy szukać dalej. Każdy ma inne priorytety.


Po raz kolejny zupełnie przypadkowo odkryłam coś, co zmusiło mnie do nowych poszukiwań. Do postawienia sobie pytań i zrewidowania mojej wiedzy. Każdemu życzę, by w swojej dziedzinie, spotykał takie Geobukseon'y, które będą dawały motywacje do działania, popychały do przodu i niszczyły ciasne wyobrażenia, ucząc pokory.



  * W. Rodziński, Historia Chin, Wrocław 1974, s. 325.
** Dla tych co lubią transkrypcję tak jak ja powiem, że czyta się to po prostu: kobukson.

PS

Tutaj zobaczyć można współczesną rekonstrukcję owego okrętu. 

A że jedna drama generuje kolejną. To dla zainteresowanych mam kolejny tytuł związany z tym tematem, czyli: Immortal Admiral Yi Sun Shin. Seria powstała w 2005 roku i liczy 104 odcinki. Gdyby nie ta ilość, to dla Kim Myung Min'a może spróbowałabym się z nią zapoznać. Ale zwykle dwadzieścia kilka epizodów jest dla mnie już dystansem porównywalnym z maratonem.

16.11.2013. 

czwartek, 17 kwietnia 2014

The Heirs - 상속자들

pic
   Chyba jednak pewne rozdziały trzeba zamknąć nim zacznie się świętować, rozpoczynać, podsumowywać, postanawiać. Każdy znajdzie coś dla siebie. Z dramami ostatnio jestem na bakier. Heirs'y jakoś utrzymywały mnie w łączności z Koreą przez ostatnie tygodnie. I to w jakiej łączności. Ho ho, pełnia wrażeń. Wraz z Kawaii Maniac wspierałyśmy się mentalnie w pokrętnych meandrach fabuły, próbując zrozumieć co autor miał na myśli.
   Zanim zacznę trollować powiem tylko jedno. Heirsów ogląda się dla Kim Woo Bina. Nie sądziłam, że powiem coś w tym stylu. Po kilku dramach z jego udziałem, mogę powiedzieć, że zaiste jego facjata zapadła w pamięć, ale bym zwróciła na niego jakąś większą uwagę, to nie bardzo. Postać Young Do całkowicie zmieniła moje nastawienie. I najwyraźniej nie tylko moje. Po raz pierwszy w całej dramowej karierze spotkałam się z zadziwiającym zjawiskiem tumblrowego spamu z udziałem 'tego drugiego'. Serio, Lee Min Ho grzał miejsce na ławce rezerwowych. W sumie można się  było tego spodziewać. Kobiety raczej nie uganiają się za facetami odzianymi w puchate, różowe swetry (Eung Sang what is wrong with you?). Po raz pierwszy chyba, spotkałam się również z tym, by konkurent głównego bohatera nie był z gatunku tych do-rany-przyłóż, typowymi ciepłymi kluchami, takim miłym, pociesznym i wspierającym. O nie. Young Do był typem totalnego bad guy'a. Pomimo kilku irracjonalnych akcji, swym poziomem mieszczących się w lidze szkoły podstawowej, był całkiem intrygującym charakterem. Trochę go potem przetrącili melodramatem, ale i tak w ostatecznym rozrachunku wyszedł na plus. Tymczasem Lee Min Ho... czegoś mi tu zabrakło. Postać Kim Tan'a, jakby na to nie spojrzeć, ma coś w sobie. Nie jest łatwo wrócić z wygnania i zrobić tego typu rewoltę w swojej rodzinie. Szczególnie z wrodzoną mu zdolnością do zrażania do siebie osób, na których najbardziej mu zależy. A jednak dał radę. Co prawda ojciec przypłacił to śpiączką (oprócz pierdyliarda oklepanych motywów tego też nie mogło zabraknąć), a brat skończył ze złamanym sercem, lecz cóż począć. Każdy dźwiga ciężar własnej korony... czy jakoś tak. Choć i tak mam wrażenie, że ilość problemów jakie zwalili na barki tych biednych LICEALISTÓW, podkreślam, była trochę niewymierna do ich wieku. W Korei zwykle trzydziestolatkowie zaczynają słyszeć przytyki, że wypadałoby pomyśleć o małżeństwie, własnym mieszkaniu itp. Tymczasem mam wrażenie, że w przypadku scenarzystów pułap zaniżono o całą dekadę. A może w środowisku chaeboli tak to właśnie wygląda. A ja po prostu obnażam swoją ignorancję.

 Heirs to stylowe swetry i... banda lasek stojących na środku ulicy i wpatrująca się z rozdziawionymi ustami w ich zdaniem ucieleśnienie-cnót-wszelkich. Serio.

   Główny wątek. Cóż nie trzeba tu się zbytnio rozpisywać. Biedna dziewczyna w szkole dla bogaczy. Miłość między synem z dobrego domu, a córką pokojówki. Kopciuszek w wydaniu koreańskim, odsłona nr pięćset. Po raz kolejny muszę powiedzieć, że była to chyba pierwsza drama romantyczna, której główna para nie wzbudziła we mnie zbytnich emocji, tudzież trybu kibica. Nie to żebym uparcie swatała Eun Sang z Young Do. Bardzo szybko zdałam sobie sprawę, że w dość patologicznej rodzinie Tan'a ma jakieś szansę. Natomiast wyraźnie widziałam krwawą plamę jaka zostaje z niej po spotkaniu z ojcem Young Do. Nie, ten związek nie miałby przyszłości. Na nieszczęście potem w wyniku machlojek ojciec trafił do więzienia i moja wizja jakoś się załamała. Za to postacie drugoplanowe były całkiem sympatyczne. No może z wyjątkiem Rachel, która dziarsko dzierżyła pałeczkę wrednej jędzy. Była lekko nieznośna. Ale jak już zaczęła kręcić z panem Seniorem, którego imienia sobie nie przypomnę, zaczęło  się jej trochę polepszać.

 Fajto.

   Drama od początku była promowana jako wielki hit. I w sumie to widać. Heirsy są dopracowane i pod względem wizualnym nie mam do niej zastrzeżeń. Problem w tym, że chęć zaimponowania zawiodła producentów na drugi koniec oceanu i umieszczenie akcji w realiach amerykańskich już wychodzi dość koślawo. Szczególnie z koszmarnym akcentem Kim Tan'a, który rzekomo spędził tam trzy lata. Było to dość osobliwe doświadczenie. Kiedy siadam do dramy, od razu przełączam się na inny tryb. Mam wyobrażenie jak może być prowadzona akcja, jakich zachowań mogę się spodziewać, jak będą rozwiązane takie czy inne kwestie techniczne, że OST będzie kształtowane w taki a nie inny sposób. Natomiast kiedy tryb dramy zmieszamy z trybem zachodnim, nazwijmy to tak, powstaje dość dziwny twór, pod którego wpływem, mój błędnik szaleje i nie wie co ma ze sobą zrobić. Bo w tym momencie nie jest to ani koreańskie, ani tym bardziej amerykańskie. Poza tym, nie do końca jestem pewna czy scenarzyści dramy zdawali sobie sprawę jak wygląda wyluzowana, amerykańska młodzież. W ogóle jak wygląda amerykańska młodzież. Bo trąciło to takim 'powszechnie utartym przekonaniem'. Kumpel Tan'a był naprawdę dziwny.

   Na lemurowym Fejsie przykład zmagania się z modą w Heirsach. A była naprawdę na bogato: Album K-style.

   Ok. Tego hitu nie mogło zabraknąć. Jest niemal tak szczególny jak Almost Paradise. Moja Sis oglądała Heirsów, na swoim komputerze, używając słuchawek. Siedząc w drugim kącie pokoju. Przez ten czas nie słyszałam zupełnie nic - jak to zwykle bywa, gdy człowiek posługuje się słuchawkami. Logiczne. Oczywiście do chwili, gdy następowała super duper romantic scene i nagle dobiegało do mnie: LOVE IS THE MOOOOOMEEEEEENT. Serio. Drugi kąt pokoju. Słuchawki. Nic to. LITM i tak musiało wybrzmieć z mocą.






Gu Family Book - 구가의 서


pic
    Gu Family Book opowiada o Choi Kang Chi, który jest na wpół człowiekiem, na wpół gumiho. Niestety historia jego rodziców zakończyła się dość tragicznie (o czym możemy się przekonać w dwóch pierwszych odcinkach dramy). Wychowany zostaje przez przedstawiciela ówczesnej arystokracji, dorasta nie znając swojego pochodzenia jako część szanowanej rodziny. Nieustannie wpada w jakieś tarapaty, ale ze względu na jego lojalność i usposobienie "do-rany-przyłóż", wszyscy przymykają na to oko. No, może z wyjątkiem pani domu, która podejrzewając, że "coś-jest-z-nim-nie-tak" nie pała do niego zbytnią sympatią. Jak to zwykle w opowieściach bywa sprawy zaczynają się komplikować. Nagle w polu widzenia pojawiają się wrogowie z przeszłości, a druga strona osobowości Kang Chi daje o sobie znać (Przez cały ten czas pozostawała w uśpieniu dzięki bransoletce założonej przez mnicha na jego nadgarstek, gdyby pozostała na jego ręku do momentu jego dwudziestych urodzin  mógłby zostać człowiekiem). Na domiar złego zakochuje się w nim Dam Yeo Wool, która dostaje od mnicha info, że zginie marnie jeśli będzie się zadawała z gościem, którego spotka pod kwitnącym drzewem. Jest nim nie kto inny jak Kang Chi i nie trudno zgadnąć, że przestroga mnicha zostanie zignorowana...


   Jedna z pierwszych uwag, która nasuwa mi się po obejrzeniu dramy, w sumie nie tyczy się to jedynie Gu Family Book, ale każdej dramy, która w jakiś sposób osadzona jest w realiach historycznych, lub sprawiających wrażenie historycznych. Problem z tą kategorią jest taki, że ostatecznie wychodzą na najbardziej kiczowe pod względem wykonania. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo lubią ten rodzaj. I wiem, że nie można mieć wszystkiego. Jednak fakty mówią same za siebie. Scenografia pochłania mnóstwo pieniędzy i tak dość ograniczonego budżetu. Dzięki czemu dostajemy styropianowe monumenty - wiecie nie stanowi to dla mnie zwykle większego problemu, ponieważ bezpośrednio nie rzuca się to w oczy, lecz gdy zaczynają się one nieznacznie kołysać w momencie kiedy podczas walki jeden z bohaterów uderzy o nie, odbiór jest zupełnie inny. To samo tyczy się kostiumów. Zawsze, ale to przysięgam zawsze, intryguje mnie na ile mają one pokrycie w rzeczywistości, a na ile są one efektem wybujałej wyobraźni stylistów. W tym miejscu przypomina mi się oczywiście Bridal Mask i chociażby czerwone podeszwy oraz ćwieki wykorzystane opowieści o czasach okupacji japońskiej.  W Gu Family Book też zdołałam znaleźć pewne perełki, które pojawią się później - chyba przebiły nawet BM. Idąc dalej. Czystość. Nieznośna czystość. Począwszy od ulic, po stroje, na postaciach kończąc. Wymuskanie do granic możliwości i taka wręcz idealność - tu szczególnie biję do groźnych wojowników. A już konkretnie skupiając się na Gu Family Book. Efekty specjalne. Hmmm. No... nie było najgorzej - scena z iluzją ataku ninja, była całkiem ok. Z resztą było różnie, choć charakteryzacja Kang Chi i jego ojca w wydaniu demonicznym już zaczyna graniczyć z groteską - szczególnie te żyłki na szyi. Podsumowując ten wywód, chodzi mi o to by uzbroić się w pewną dozę tolerancji względem tych niedomagań. Jestem świadoma, że dla niektórych ta strona wizualna będzie nie do przejścia, a inni nawet nie zwrócą na ten fakt większej uwagi. I w sumie racja.

Kang Chi. Cóż przejawia niezwykłe zdolności w każdej dziedzinie. Mistrz metamorfoz. Niepokonany Wojownik. Poliglota - tu na szczególną uwagę zasługuje znajomość japońskiego. I oczywiście niezrównany król podrywu. Perfekcja w każdym calu ;) 

I trochę ze wspomnianych stylizacji. Tym razem w stylach, kolejno: jestę muchomorę i jestę lampą. Będę bardzo wdzięczna za wyjaśnienie mi istoty tych dodatków. Zupełnie serio. Teraz już bez trolla. 

Wspominałam już, że rodzice Kang Chi nie skończyli najlepiej? Cóż wygląda na to, że Wol Ryung żyje i trzyma się całkiem nieźle. Stracił okazję do bycia człowiekiem, ale najwyraźniej to nie przeszkadza mu to w robieniu kariery w czasach współczesnych :P

   Podsumowując. Gu Family Book całkiem dobrze mi się oglądało, choć początkowo liczba 24 odcinków nieco mnie odstraszała. I muszę przyznać, że zakończenie zupełnie mnie zaskoczyło. O tak, nie spodziewałam się takiego akcentu w samej końcówce. I w przypadku tej dramy zaświtała mi w głowie myśl, że byłby z tego kapitalny film. Gdyby okroić sporą ilość wątków, wyłuskać główną istotę opowieści i postawić na stronę wizualną powstało, by coś godnego obejrzenia. Drama jest w porządku, ale myślę, że jak większość przedstawicieli tego gatunku cierpi na przerost treści, zwrotów akcji, wzajemnych powiązań itp., które sprawiają, że całość nieco "pływa".



18.11.2013. 

środa, 16 kwietnia 2014

Roy Kim - Love, Love, Love

Psikam i kicham, a pogoda sama zachęca mnie do zamelinowania się pod kocem z jakąś dobrą książką, tudzież kolejnym odcinkiem Czasu Honoru. W zasadzie to ostatnio zaczynam dostrzegać, że jestem dużo większą entuzjastką deszczu niż trzydziestostopniowych upałów. Zwłaszcza, gdy trzeba poruszać się krakowskimi tramwajami - szczególnie tymi sędziwymi z linii nr 4. Chwilowo jednak uciekłam od zgiełku miasta. Reklamówka z "książkami-do-nadrobienia" również przybyła. Jest co robić. 
Optymizmu wszechobecnej szarości dodaje Roy Kim (로이킴), którego nowy teledysk miał dzisiaj swoją premierę. I choć nie przypadł mi do gustu specjalnie jego poprzedni utwór Bom Bom Bom, to bez wątpienia jest to jeden z najbardziej przyjemnych dla ucha głosów w koreańskim przemyśle muzycznym. A i piosenki przy akompaniamencie gitary i fortepianu wprowadzają wiele świeżości i stanowią miłą odmianę po przesłuchaniu wielu elektronicznych wariacji. 


이 노랠 들어요

Love Love Love

Choć po obejrzeniu MV jedyne co przychodzi mi na myśl to:



25.06.2013.